Jąkanie u dzieci

Siedzę i myślę. I, żeby mi ta myśl nie umknęła – napiszę. Bo, może jakiś rodzic trafi na tą stronę.
Temat dzieci do mnie wraca, tak to powiem. Koleżanki mają wnuki, a i ja powoli (bardzo powoli) zaczynam patrzyć w stronę małych ludzi, z niejaką przychylnością. Bardzo niejaką.

Nie zapomnę dziewczyny, która przyjechała kiedyś za zjazd, czy konferencję i opowiadała, jak w znanym warszawskim ośrodku leczony jest jej synek, może sześć lat. Chodził po ulicach (z nią) i – nie wiem, czy nie setki razy – specjalną mową, miał pytać ludzi o coś. Na pewno ci, którzy tam wtedy byli, pamiętają tą mamę. Mówiła, że on tego nie lubi i coraz mniej w ogóle mówi. Jest coraz bardziej wycofany, milczący. Od tej pory zastanawiam się jakie są kolejne losy tego dziecka. Jak ono teraz funkcjonuje, co z nim  będzie za 10, 20 i więcej lat. Pewnie nigdy się nie dowiem. Ale program był ryzykowny. Mama miała zresztą wątpliwości. Cóż, cel był szczytny – wyleczyć chłopca z jąkania. Raz, a dobrze.

Wnuk mojej koleżanki też się jąkał. Wiem, że razem z mamą szybko zareagowały. Chodził do młodej logopedki (pewnie wyszukanej w internecie), jakoś niespecjalnie długo. Wiem też, że uprawia sport i ma wiele stymulujących zajęć ruchowych. Ma też po prostu życiowe szczęście – kochających, zgodnych rodziców, babcię z bezwarunkową i nieograniczoną miłością. Jako najmłodszy – ma pięć lat – uczestniczył w obozie karate. Babcia z mamą się o to uczestnictwo pokłóciły, ale chłopiec wrócił z wyjazdu dumny. Jest wesołym, szczęśliwym dzieckiem. Kiedy zaczynał się jąkać, babcia, czyli moja koleżanka, zapytała mamę chłopca, czyli swoją córkę: – Zosiu, a jak Krzyś będzie się jąkał, to ty będziesz miała z tym problem? – odpowiedź – Nie, mamo, ja nie będę miała z tym problemu.

Ja miałam z tym problem. Moje dziecko, już poważnie dorosłe, też – jak ja – się jąka. Ale widzę, że dorosło i funkcjonuje. Radzi sobie.

Dzieci osób jąkających się – jąkają się, albo nie. Znam i takie, i takie.

Cały czas myślę, czy moje dziecko mogło wyjść z jąkania, jak było małe. Nie wiem. Wiem, że zrobiłam wiele błędów i zaniechań. Dlaczego? Bo byłam przerażona jąkaniem swojego dziecka, tak jak kiedyś moi rodzice przerażeni byli moim jąkaniem. To przerażenie na pewno było wyczuwalne. Pewnie było paraliżujące. Nie wierzyłam, swoim przykładem, że można coś z tym zrobić. Coś, owszem próbowałam, ale bez wiary. Byliśmy u logopedki, jednak obydwoje wyszliśmy z przekonaniem, że to jest bez sensu. Logopedka była młoda i wykształcona, ale jej metody były stare – czytanie zdań z zaznaczoną intonacją, ja nie wiem, czy to jest metoda. Mówię – nie wiem. Dla nas – nie była. Piszę o latach 90. ubiegłego wieku.

Tak, mam sobie wiele do zarzucenia. Mam też wiele na swoje usprawiedliwienie. Tylko co z tego? To już było. Mało tego, pewnych błędów bym dzisiaj nie popełniła, to na pewno, ale – obawiam się, że wiele z tego powtórzyłoby się, gdybyśmy to przerabiali, nawet z dzisiejszym moim rozumem i emocjami, jeszcze raz. Na to składa się charakter rodzica, charakter dziecka, ogólna sytuacja życiowa, pomoc/ brak pomocy rodziny i wiele innych.

Toteż moje dzieci wiele mi wypominają. Na przykład – uważasz, że jesteś mądrzejsza od swoich rodziców, ale ja też mogę ci dużo zarzucić. Już drugie dziecko dołączyło do chóru: traktujesz mnie jak debila. Traktujesz, traktowałaś. W sytuacji, kiedy ja uważam, że traktowałam moje dzieci świadomie, z szacunkiem i delikatnie.

Słyszę, że dużo ludzi obecnie – świadomie – nie decyduje się na dzieci.

No, może to jest jakaś metoda …

Powtarzam – coś w tym jest

W grupie samopomocowej.
Coś jest w grupie samopomocowej. Siła, emocje, myślenie.

Ot, ostatnie nasze spotkanie. Choć, trzeba to powiedzieć, odbywają się z różną regularnością, z większą lub mniejszą ilością osób, to jednak – odbywają się od paru lat i zawsze coś się na nich zadzieje. Na pewno dzięki prowadzącym – Jagodzie i Lucynie. Oraz dzięki każdemu uczestnikowi. W ciągu dwóch godzin spotkania dotknęliśmy wielu problemów:

  1. Prezentacja
    Najpierw Studentka Kasi W. z Katowic, Klaudia, wygłosiła prezentację o sławnych jąkających się i, że osiągnęli sukces. Często nie dowierzam – jak to, słynni aktorzy jąkali się? Może zająknęli się kiedyś i historia to odnotowała. Przekonuje mnie wywiad z Krzysztofem Kiersznowskim (jest dużo wywiadów jak się uleczył, kto co mu radził, ja cytuję zdanie z wywiadu (http://viva.pl/ludzie/newsy/krzysztof-kiersznowski-jakal-sie-aktor-underdog-i-barw-szczescia-o-aktorstwie-dziecinstwie-i-nalogach-116591-r1/) : Moja matka od dziecka chciała być aktorką. Nie mogła, bo wybuchła wojna. (…) Ale swoje marzenie na mnie przelała. W każdej rozmowie z koleżankami czy ciotkami padały jej słowa: „Mój Krzyś to będzie aktorem”. Co było o tyle debilne, że ja się jąkałem. Jąkał się też, dodam, Kazimierz Wielki, w wyborze Długosza czytałam zdanie, że król jąkał się trochę, ale mówił głośno i donośnie, (coś w tym sensie, odsyłam do Kronik). Zawsze mnie zastanawia sukces jąkających się profesorów od jąkania. Ale, dobra. Ja nigdy nie zajmowałabym się jąkaniem od strony naukowej. Poświęcili życie temu zagadnieniu. Przekłuli wadę w zaletę, niedoskonałość w atut. Szacunek, że im się to udało.
    Jak by to napisać na okrągło … Klaudia była przygotowana, wykonała pracę, była przejęta, nie miała łatwego audytorium, o nie, nie! Myślę, że spotkanie z nami dużo jej dało – poznała kolejne środowisko, które ją interesuje. Nam też dało dużo – i płynnie mówiący przeżywają swoje wystąpienie. Stres nie jest zarezerwowany tylko dla nas. Choć my, oprócz stresu, mamy jeszcze, a raczej przede wszystkim – jąkanie. Cóż, dla nas temat jest jak „ojczenasz”, ale Klaudia wiedzę o jąkaniu poniesie w dużo mniej zorientowane rejony. Życzymy powodzenia!
    Znany polski reżyser się jąka i wokalistka znanego zespołu, słyszałam na własne uszy wywiady w radiu. Ale pamięć jest zawodna, nie pamiętam ich nazwisk. Znani, współcześni, żyjący. Niewątpliwie ludzie sukcesu.
    No, nie podaruję sobie! Kiedy Klaudia nas zapytała, czy znamy film Jak zostać królem, chyba ze zdumienia zrobiły nam się duże oczy. My go nie znamy. My go znamy na pamięć. Ot, młodość!
  2. Modyfikacja
    Po prezentacji była runda powitalna. Każdy miał zrobić modyfikację na głosce „f”, było więc: ffffKrakowie, fffŁodzi itd, a ja chciałam powiedzieć „fffajnie” i powiedziałam, z prawdziwą modyfikacją, bowiem dostałam poważnego bloku na wypowiadanym słowie. Czułam to doskonale, a ponieważ warunki były cieplarniane, mogłam sobie modyfikować do woli. I rzeczywiście, po dłuższym wstępie „fffffff”, słowo się powiedziało. Nie umknęło to uwadze Lucynki, a jej radość była niekłamana. Prawdziwa, żywa, nieudawana modyfikacja. Przyznam, że poczułam władzę nad blokiem. Zawsze uważałam, że jąkanie żyje własnym życiem, a bloku nie da się kontrolować. Otóż, skłaniam się obecnie do tego, że da się. Ponieważ nie ćwiczę w ogóle i nie zgłębiam tej wiedzy (jak modyfikować bloki), nie mam tego nawyku, ale przyznam, że ta sytuacja, która przeszła przez moje usta, zrobiła na mnie wrażenie, jak i na pozostałych uczestnikach – też. Od tego czasu, częściej – mając w pamięci własną udaną modyfikację na spotkaniu – posługuję się tym narzędziem. Mam je, w każdym razie, na uwadze. Może nie tak pewnie i spokojnie zabieram się do tego procesu, jak w miejscu specjalnie do tego stworzonym, ale przypominam sobie o nim i korzystam podczas mówienia.
  3. Studia
    W poprzednim wpisie chwaliłam się swoimi publicznymi wystąpieniami. A na ostatnim spotkaniu rozmawialiśmy o przymusowych wystąpieniach kolegi przed grupą w ramach zajęć studenckich.
    Przypomniałam sobie swoje studenckie wystąpienia. W niczym nie przypominały obecnych. Pamiętam swoje rozpaczliwe odczucia, kiedy jako nauczyciel, obserwowałam przymusowe wystąpienia trzecioklasistów w gimnazjum. I cieszyłam się, że za moich czasów tego wymogu nie było. Ja nie wiem co ja bym wtedy zrobiła. Zająkałabym się na śmierć. Młodzież występowała na korytarzu lub w klasie przed kolegami z różnych klas, wszystkich klas trzecich. Ja bym po prostu – wtedy – tego nie przeżyła. Uważam, że byłaby to kolejna poważna trauma, skrajna trauma do kolekcji licznych szkolnych traum. Byłaby to moja osobista tragedia, konsternacja słuchającej młodzieży, może dla niektórych zabawa, dla innych ciężkie przeżycie. Uważam, że takie wystąpienie dla mnie, gdyby się odbyło, byłoby bez sensu. Dla mnie, wtedy. Miewałam wystąpienia na studiach. Sama nawet pchałam się w nie. Pewnie chciałam zaistnieć, udowodnić sobie, pokazać/oznajmić, że się jąkam, że może mi ulży, napięcie puści. Liczyłam, że może mi się uda, powiedzie. No, nie wiodło się. Dziś bym tego nie robiła. Ale wtedy robiłam.
    Staram się wczuć w sytuację wykładowcy i myślę, że nic by się ne stało, gdyby student powiedział: Panie Profesorze, moje wystąpienia są bez sensu, ani słuchaczom nie przynoszą pożytku, ani mnie nie dają satysfakcji. Mógłbym przygotować prezentację, lub inną formę zawierającą zadane wiadomości, ale obecnie nie czuję się na siłach publicznie ich czytać. Jak się poczuję, to będę występował, na razie, przepraszam, ale nie jestem w stanie i bardzo proszę o zrozumienie.
    Uważam, że jest to jakieś wyjście, żeby nie dawać reszcie powodów, żeby poczuli się lepiej. A ja – z definicji -gorzej.
    Chyba, ze ktoś uważa, że powinien się uodparniać i pokonywać sam siebie. Ja tak, wtedy, uważałam. Że chcę, że muszę, że powinnam. To musi każdy rozstrzygnąć sobie sam. Dziś uważam, że nie jest zbrodnią chronić siebie.
    Choć i ja, dzisiaj, daję się wystawiać. Mimo wieku, doświadczenia i dbania o siebie. Dałam się namówić, na przykład, na rozmowę telefoniczną: Zadzwoń, powiedz tak i tak. Podziękuj, podkreśl, zagaj, namów, poproś i ukłoń się na koniec.
    Zadzwoniłam. Ale ja nie cierpię takich rozmów i nie wypadam w nich dobrze, przychodzą mi ciężko i nie przynoszą zamierzonego skutku. Tak było i tym razem. Kontynuacja rozmowy wypadła w mój gorszy dzień. Ja się jąkałam, pani – nie. Ponieważ była to rozmowa typu – przeciąganie liny – czułam, że moje jąkanie jej ułatwia sytuację, mnie utrudnia. Dawało jej przewagę. Na koniec wyrecytowała jednym tchem: Dziękuję, pozdrawiam, do widzenia i zanim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, pani wyłączyła telefon. Jej pożegnalną formułkę wypowiedzianą podkurzonym głosem z nutą satysfakcji odebrałam jako: Pocałuj mnie w ….
    Ale nie dam się więcej namówić na podobne rozmowy telefoniczne, wbrew sobie. Bo one nie mają sensu. Koniec!
    Były u nas w pracy plany, żeby koleżanka uczyła nas angielskiego. Wielokrotnie podejmowane zawsze spaliły na panewce. Ale przecież to logiczne, kto się będzie na takich lekcjach dobrze czuł? Prowadząca. A reszta? Różnie, w zależności od zdolności językowych, czasu na przygotowanie, ale też – stosunku do prowadzącej i do współuczestników grupy, z którymi nie pożegnamy się przecież po zajęciach, tylko będziemy znosić się do emerytury. A nie wszyscy hurtowo się lubimy. Raczej, nawet jest to „koleżeński” kocioł.  A, po co ja mam dawać nielubianym koleżankom przewagę nad sobą? No, nie mam takiej potrzeby.

    Tak sobie rozmawialiśmy na spotkaniu i padło pytanie: Na studiach się jąkałaś. Co się stało, że teraz się nie jąkasz?
    Nic się nie stało. Jąkanie przestało być całym światem. W dorosłym życiu miałam mnóstwo innych problemów, którym trzeba było stawić czoła. Jąkanie jest między innymi. Mam dużo lat, teraz inne rzeczy są dla mnie ważne, ważniejsze. Człowiek się zmienia. Problemy się zmieniają, jedne blakną inne nabierają kolorów.
    To się stało. W temacie jąkania – czas nas uczy pogody.

Nadkompensacja

Trafiłam na opis zjawiska kompensacji i nadkompensacji jako rodzajów mechanizmów obronnych osobowości. Kompensacja to równoważenie. Stosowałam, jak najbardziej – nie mogę mówić, to będę śpiewać i tańczyć. Kompensacja polega na dążeniu do uzyskania powodzenia w jakiejś dziedzinie i wyrównania (skompensowania) w ten sposób niepowodzeń doznawanych na innym polu, spowodowanych małą sprawnością fizycz­ną, brakiem pewnych uzdolnień, wadą wymowy itd. (e-comtrust.de). Natomiast nadkompensacja to osiągnięcie sukcesu właśnie tam, gdzie jest najtrudniej. Nadkompensacja wyraża się osiągnięciem sukcesu w tej właśnie dziedzinie, która dotychczas była źródłem niepowodzeń i przykrych do­znań lękowych.  Jeżeli w wyniku (przykład) odpowiednich ćwiczeń fizycznych, wytężo­nej pracy, umiejętnego treningu ktoś zacznie dorównywać innym w sporcie i ostatecznie z szarego końca wysunie się na czoło i to w tej właśnie dziedzinie, w której był bardzo słaby, to takie działanie świad­czy o skutecznym działaniu mechanizmu nadkompensacji. (strona j.w.)

Więc  jestem ofiarą kompensacji i nadkompensecji. Ofiarą lub bohaterem, wszystko jedno (a nawet, często, to samo).
Po wykładach w domu kultury przeniosłam się  (dwa razy) do auli uniwersytetów. Wcześniej zastanawiałam się co to znaczy – ze słabości zrobić siłę. To właśnie to znaczy – uwziąć się na sukces – dokładnie ten, w takiej dziedzinie, która jest niemożliwa.
No, tylko co to zmienia? W ogóle to nie wiem. Mnie jest potrzebne do szczęścia. Daje mi poczucie własnej wartości, mocy, satysfakcji, sprawstwa, panowania nad sobą, zmienia moje myślenie, łagodzi traumatyczne wspomnienia, coś zastępuje, rekompensuje, daje poczucie spełnienia. Okupione jest wielkim strachem i nerwami, ale zwycięstwo smakuje słodko. Kasia M. zapytała w mailu: Powiedz, jak Twoje  wystąpienie? Jaką obrałaś strategię? Czy byłaś z siebie zadowolona? Co Ci dało siłę, lub – wręcz przeciwnie – ją zabrało? Strategię mam taką porządnie się przygotować i zaopatrzyć się w mikrofon, lepiej pomaga ten z porządnym pogłosem. Mikrofon w funkcji echa to narzędzie terapeutyczne, dla mnie jest ważny, pomaga mi. Plus przećwiczenie czytania (bo czytam, jednak, ostatnio), wyspanie się, dobre nastawienie i ćwiczenia mięśni twarzy i głosu chwilę przed. Co mi daje siłę? Chyba wielokrotne występy, czyli praktyka, a także to, że nawet jak mam blok, on jakoś przechodzi, nie wciąga mnie. Co mi zabiera siłę – wspomnienia tragicznych wystąpień w szkole, ale i na obronie pracy magisterskiej, (dwudziesty piąty rok życia), to była masakra. Z tym, że dzisiaj już nie zaliczam aż tak złych wystąpień. Ale, cień strachu pozostał, jak to nazywa Kasia M. „konfrontacja z mrocznymi wspomnieniami”. Dwa tygodnie przed ważnym  wystąpieniem są ciężkawe. Ale potem jest miło, też ze dwa tygodnie. Ale już wiem, że za chwilę wszystko wraca do normy, to znaczy – nie wydaje mi się, że teraz mogę więcej, że się uodporniłam i następny raz nerwów będzie mniej. Będzie tyle samo. Ale cel został osiągnięty – udowodniłam sobie i światu, że mogę. Sobie głównie, bo dla świata to nie jest takie znowu ważne.
I proszę, jak miło, jaka recepcja: … musiałam wyjść.. i to właśnie podczas Twojego wystąpienia. A słuchało się Ciebie z dużym zainteresowaniem! Zwłaszcza, że do złudzenia Twój sposób czytania przypominał mi Dorotę Segdę, która na audiobooku czyta Zofię Stryjeńską – Diabli nadali. Oraz: Zobaczyłam już  zdjęcia i zajrzałam na strony i myślę, że należą Ci się ogromne gratulacje. (…) Najwyraźniej, masz predyspozycje w tym zakresie. Z tego co widziałam, to na wernisażu było dużo ludzi i to zainteresowanych tematem. Słuchali Cię z przejęciem! Widać, jakie jest zapotrzebowanie na taką działalność, (…) Pełen profesjonalizm!
A jak to się przekłada na normalne życie? Nie przekłada się. Dalej się jąkam, normalnie – czasem mało, czasem bardzo. W sklepie, w domu, w każdych sytuacjach. I wcale nie mniej. Różnie. Ponieważ spotykam się ze swoim jąkaniem codziennie, czasem go słyszę, czasem – nie. Czasem ze zdziwieniem patrzę na zdziwienie ludzi do których się zwracam. Ich popłoch. Wtedy przypominam sobie o swojej (jednak) inności. I właśnie na zdziwienie reaguję zdziwieniem: wejżesz się opanuj, jąkania nie widziałeś, człowieku, słuchaj tu co mówię i mnie nie wkurzaj.

Już wiem co to znaczy przekuć porażkę w sukces. No, właśnie tak. Jak się chce, oczywiście. Przymusu nie ma.

Ogólnopolski Zjazd Osób Jąkających się, Warszawa 2018 – program

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Jąkających się OSTOJA, Oddział Warszawa ma zaszczyt zaprosić na Ogólnopolski Zjazd Osób Jąkających się – Płynność mowy czy modyfikacja jąkania. Cele terapii jąkania u osób dorosłych.

Spotkanie odbędzie się 18 – 21 października 2018 START hotel ARAMIS, ul. Mangalia 3b, Warszawa

 Program zjazdu

 Czwartek

Miejsce: START hotel ARAMIS, ul. Mangalia 3b

15:00 – 18:45  Rejestracja

18:45 – 19:30  Kolacja

20:00 – 23:00 Nocne Jotów rozmowy (hotel ARAMIS): Droga do sukcesu w terapii jąkania – ciągła praca nad sobą jako klucz do osiągnięcia stawianych przed sobą celów. – Angelika Drążewska (Warszawa)

Piątek

 8:00 – 8:45  Śniadanie

Ogólnopolska konferencja pod patronatem Polskiego Związku Logopedów (PZL) Terapia jąkania u osób dorosłych

Miejsce: Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” ul. Limanowskiego 23

Program konferencji

 8:45 – 9:15 Rejestracja Uczestników

9:15 – 9:30 Otwarcie Konferencji

 Sesja I    9:30 – 11:30

Skuteczne wsparcie dorosłych osób jąkających się w świetle wyników międzynarodowych badań sondażowych – dr hab. Katarzyna Węsierska (Uniwersytet Śląski, Centrum Logopedyczne w Katowicach)

Uczenie jąkających się osób dorosłych odroczenia i hamowania – dr Krzysztof Szamburski (Uniwersytet Warszawski)

Motywacja i możliwości osobowe osoby z jąkaniem a skuteczność w terapii w odniesieniu do  osobowości terapeuty – mgr Róża Sobocińska (Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu)

Znaczenie emisji głosu w terapii jąkających się osób dorosłych – dr Karina Szafrańska (Pedagogium Warszawa)

11:30 – 12:00  Przerwa kawowa

Sesja II    12:00 – 14:00

Zastosowanie coachingu w terapii osób dorosłych jąkających się – mgr Aleksandra Jastrzębowska–Jasińska (Warszawa)

Terapia osób dorosłych z niepłynnością mówienia w świetle literatury angielskojęzycznej – mgr Milena Mrozowska (Warszawa)

Rozwój diagnostyki i technik terapeutycznych w odniesieniu do niepłynności mowy osób dorosłych – mgr Elżbieta Haponiuk, Józef Haponiuk (Gdańsk)

Postawy i emocje wobec jąkania. Modyfikacja modelu góry lodowej Sheehana – mgr Łukasz Kowalczyk (Warszawa)

14:00 – 14:45  Lunch

Sesja III    14:45 – 17:00

Krótko o filozofii i praktyce modyfikacji jąkania – mgr Lucyna Jankowska–Szafarska (Kraków)

Najnowsze trendy w terapii jąkania  Relacja ze Światowego Połączonego Kongresu ICA (International Cluttering Association), IFA (International Fluency Association) i ISA (International Stuttering Association) w Japonii – mgr Angelika Drążewska (Warszawa)

Zacięcie do zacięcia. Jąkanie to zadanie – mgr Renata Margalska (Toruń)

Kluby „J”, a terapia jąkania – Patrycja Postek, Rafał Kopiasz, Ignacy Ryder, Grzegorz Garcarz (Klub „J” Warszawa)

Działalność wirtualnego klubu „J” – Sławomir Wiejas, Piotr Kulisiewicz, Renata Szmyd (Wirtualny Klub „J”)

17:00 – zakończenie konferencji

18:00 – 18:45 kolacja (hotel ARAMIS)

19:00 – czas wolny.

Przedstawimy propozycje aktywnego spędzenia czasu:

  • Wieczorne zwiedzanie Warszawy
  • Dyskoteka – Pub Lolek, Rokitnicka 20
  • Czas wolny

Sobota

8:30 – 9:15  Śniadanie

Część warsztatowa

Miejsce: Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” ul. Limanowskiego 23

I Część warsztatowa 9:30 – 11:00

Metoda wystukiwania sylab dostosowana do dorosłych pacjentów – Krzysztof Szamburski, Agnieszka Siwińska

Świadomość ciała, ruchu i mowy w pracy w panowaniu nad sobą – Róża Sobocińska

Świadomy oddech i sztuka relaksu – Elżbieta Haponiuk, Józef Haponiuk

11:00 – 11.45 Przerwa kawowa

II Część warsztatowa 11:45 – 13:15

Joty na scenie – warsztaty z wystąpień publicznych – Filip Werstler

Trening samorozwojowy w terapii dorosłych osób z niepłynnością mówienia – Aleksandra Jastrzębowska–Jasińska 

Przykładowy zestaw ćwiczeń emisyjnych dla dorosłych – Karina Szafrańska

14:00 – 14:45  Obiad (hotel ARAMIS)

15:00 – Wyjazd do Centrum (spotkanie przed hotelem)

16:00 – 18:00 Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN ul. Anielewicza 6 (dodatkowo płatne) lub zwiedzanie Warszawskiej Starówki

Bal Balbuta 20:00 – 03:00

Miejsce: Novotel Warszawa Airport, ul. 1 sierpnia 1

Niedziela

 9:00 – 9:45  Śniadanie

10:00 – 12:00 Mikrofon dla wszystkich (hotel ARAMIS)

12:00 – 13:00 Uściski, pożegnania

13:00 – 14:00 Obiad

15:00 – Wyjazd

Dzień Dziecka

Nie chodzi mi o Dzień Dziecka. Ale coś  mi się przypomniało i muszę to napisać.
Miałam niedawno wycieczkę. Dziewięciolatki w liczbie pięćdziesiąt, po dalekiej podróży. Wszyscy (łącznie ze mną, bo pogoda była myląca, a Matki – Polki >łącznie ze mną< wyznają zasadę, że lepiej dźwigać, niż …) uzbrojeni w plecaczki z prowiantem i wodą, bluzy, kurtki oraz parasole. Upał jak nieszczęście. Nade mną zlitował się młody pilot i schował moją kurtkę i parasol do plecaka. Dzieci pozostały przywiązane do swoich bagaży. Droga Królewska. Pomnik Matejki. Ok, względna cisza. Pięćdziesiąt telefonów komórkowych wycelowanych w Mistrza Jana, a przy tej okazji – we mnie, stoję przecież na linii wzroku: Dziecko – Mistrz.  Potem było już tylko gorzej – upał, zmęczenie, zbyt młody wiek na tego rodzaju wiadomości mimo, że starałam się trafić do młodego rozumu, spowodowały, że ledwo dowlekliśmy się do Rynku, a później, już naprawdę resztkami sił, na Wawel. Po czasie wolnym, przy Sukiennicach, większość dzieci dorzuciła sobie jeszcze – niemałego – pluszowego smoka. Widok był więc, mniej więcej, taki: dziewięcioletnie dziecko, czerwone i zgrzane, w ręce woda, w drugiej parasol, rozpięta bluza, zaczepiona kapuzą o głowę, pod pachą ogoniasty – smok. Razy pięćdziesiąt. Ale w tym ogólnym rozgardiaszu – wielokrotnego przeliczania dzieci, działań wychowawczych z rodzaju: „a dlaczego ty go popchnąłeś”, toalet, zawiązywania sznurówek i krwi z nosa – miałam czas. Trzy nauczycielki, pilot i ja holowaliśmy grupę, krótkimi skokami naprzód. Obserwowałam zmagania pań. Jedna miała porządne tiki. Grymasy twarzy, spazmy szyi, widoczne trzepanie głową. Zauważyłam to zaraz na początku. Naprawdę rzucało się w oczy. Przeszły mi wtedy przez głowę (przeleciały!) dwie myśli – oj, dwie neurologiczne (znaczy: ona i ja) na jedną grupę, to lekki nadmiar jest; a druga – a, może i lepiej, dzieci przyzwyczajone do inności, jąkanie nie zrobi na nich wrażenia.

Rzeczywiście nie zrobiło. Parę razy dokończyły za mnie oczywisty wyraz, czy odklejoną sylabę. Bez najmniejszego zdziwienia oraz uszczerbku dla własnego zdrowia. Natomiast, obserwowałam nauczycielkę z tikami. Była bardzo ciepła. Dzieci się do niej garnęły. Lgnęły do niej. W jej grupie nie było wrzawy. Choć starałam się – za wszelką cenę – dopatrzyć jakiejkolwiek złej reakcji ze strony uczniów (w końcu też ich temperowała) na jej widoczne problemy – nie dopatrzyłam się. Była wychowawczynią tej klasy, musiała więc mieć także akceptację rodziców, dyrektora, środowiska (mała miejscowość), wszystkich! Lekarza przecież! I miała. Byłam zdziwiona. Byłam pozytywnie zdziwiona. Było mi osobiście miło. Nauczycielka była młoda. Dzisiaj nikt nie ochrzci jej – kaleką. Ja musiałam mieć (zdolność do pracy) podpisaną kartkę: nie ma wady wymowy.

Myślałam sobie, te dzieci mają naprawdę lepiej, wyuczone tolerancji, obyte z niedoskonałością. O ileż łatwiej jest im obcować z panią poskładaną z różnych cech, zamiast panią pomnikowo – idealną. Nie każde dziecko jest przecież wzorcowe, wypieszczone i bogate. I właśnie te dzieci – a takich jest większość – mają lepiej, na zasadzie:  Może ona, mogę i ja. Nie święci garnki lepią.

Inne panie były zdrowe, przynajmniej na oko i bardzo energiczne. I zwyczajowo – z odpowiednią dawką nauczycielskiego okrucieństwa. Do Kościoła Marackiego trzeba kupić bilet, żeby dojść pod sam ołtarz. Można wejść bez biletu, niby pomodlić się, a naprawdę zerknąć na ołtarz, z daleka. Wybraliśmy drugą opcję, narażając się, tym samym, na uwagi ochroniarzy. Ponieważ większość wycieczkowiczów była już w ciężkim stanie rozkojarzenia, rzuciłam hasło – kto chce zobaczyć ołtarz, idzie ze mną. Jedna trzecia chciała – w tej grupie „wyjątkowo niegrzeczny” chłopczyk. On chciał najbardziej, na co pani zareagowała: „Ooo, ty to na pewno nie pójdziesz!!!”. Klasowy „Ananas” miał łzy w oczach. Jezu, pomyślałam sobie, dlaczego to dziecko ma nie zobaczyć ołtarza, skoro jest ciekawe, skoro chce. Co to za kara i za jakież grzechy? A gdyby to było moje dziecko? A gdybym to była ja? A może dzieło Stwosza właśnie na tym chłopaku zrobi największe wrażenie. Może on jedyny ma tu duszę artysty. Poszliśmy wszyscy.

Mówcie, co chcecie. Może nie tylko ludzie z „czymś”, ale prawdopodobnie wszyscy ludzie z „czymś”, z jakąś wadą, przypadłością, niedoskonałością, mają w sobie empatię. Potrafią się wczuć. Reszta myśli głównie o sobie.

My nie tylko myślimy. My też czujemy.

 

Coś w tym jest

Wróciłam z Grupy J, jednej z krakowskich form samopomocy z której korzystam i z którą się utożsamiam, i którą lubię. Miałam dzisiaj prezentację, czytałam obszerne fragmenty książki profesora Jana Kotei, którą on napisał w roku 1981, bo był to Rok Niepełnosprawnych, a on miał, czy przeszedł, chorobę Heinego – Medina i tak nocami, przez pół roku,  pisał sobie, a później, po jego śmierci, notatki znalazły jego dzieci i wydały jako książkę. O czym pisał? Dwutorowo, nawet trzy. Po pierwsze, wylewał na papier emocje z dna duszy. Przepracowywał po latach to co go uwierało, czyli sytuacje, które mu dopiekły, to znaczy uraziły go i – jeszcze raz – wziął je sobie na autopsychologiczny warsztat. Po drugie – określił jak widzi, to znaczy, jaki jego zdaniem powinien być stosunek ludzi do ludzi, ludzi na oko takich samych, do ludzi na oko trochę innych. Po trzecie – wspominał ojca, siebie, kolegów, ot, rzeczy ważne – nieważne, ale dla niego ważne.
Ja, kiedy czytałam te zapiski uryczałam się nad nimi jak bóbr. Czułam tak wielką wspólnotę i powinowactwo przeżyć z Profesorem, tak strasznie mocno odnosiłam jego wspomnienia do swoich wspomnień, jego przeżycia do swoich, tak bardzo to co napisał rozumiałam, że podpisywałam się w myślach pod jego tekstem obiema rękami, więcej, całą sobą.  Stwierdziłam, że każda widoczna niepełnosprawność, jakakolwiek, daje identyczne kompleksy, przemyślenia i przeżycia. Jest odczuwana przez wszystkich w ten sam sposób. Z tym przesłaniem poszłam na dzisiejszą grupę. Scenariusz spotkania przewidywałam taki, że wszyscy pewnie będą płakać podczas, gdy ja będę czytać, następnie wszyscy zgodzą się co do tego, że to samo przeżyli, tak samo myśleli i potwierdzą to swoimi podobnymi historiami i historyjkami.
Tymczasem nic takiego się nie stało. Płakałam tylko ja, co – dziś ostatecznie – utwierdziło mnie w przekonaniu, że pod względem gotowości do płaczu, daleko jednak odbiegam od średniej. Moja potrzeba płaczu (nad sobą!) jest nienormalna. Po drugie, nikt nie powiedział: ja też, ja też! Stopień utożsamienia się grupy z treścią książki był – słaby. Wnioski po dyskusji mogę streścić w dwóch punktach: 1. Przeżywanie zależy od charakteru człowieka, nie zaś od jego wady; 2. To jest świadectwo pokolenia, które odeszło. Teraz już się tak nie myśli.
Przyznam, że było to dla mnie mocne przeżycie. Byłam zdziwiona. Dotarło do mnie, ze coś jest na rzeczy między mną a ś.p. Profesorem. Jakżesz jego pisanie i moje (książka i blog) jest podobne!  Ja wiem, w stylu, w intencji, w mocy przeżyć, w wierze w swoje racje.
Wsiadłam do autobusu i mnie olśniło. Miałam wrażenie, że chwilę temu ja z książką byłam po jednej stronie przeżyć, a reszta grupy, czyli większość, czyli wszyscy(!) – po drugiej. Po raz pierwszy pomyślałam dzisiaj, że nie każdy kto się jąka przeżywa jąkanie tak samo. Ja przeżywam bardzo (na szczęście odwrotnie proporcjonalnie do wieku, ale i tak bardzo, lub deko mniej bardzo).
Tylko, że ja wszystko przeżywam bardzo, bardzo. I płaczę nad wieloma rzeczami w moim życiu, które były, lub – wszystko jedno – których nie było. Tak, to nie obiektywne fakty czynią mnie nieszczęśliwą, lecz myślenie o nich. Ale to nie wystarczy wiedzieć, to trzeba poczuć. I ja to dzisiaj poczułam. To była prawdziwa psychoterapia.
Cytat:

Gdybym miał skrzydła! Ilu ludziom śnił się taki sen?
Gdybym miał oczy …
Gdybym miał całe płuca …
Gdybym słyszał …

to bym unosił się ponad drzewami i domami, ponad lasami i łąkami
i śpiewał.

Jan Koteja, 1981. Rok Niepełnosprawnych

O zjeździe, kilka refleksji

Październikowy zjazd w Krakowie (ubiegłoroczny zjazd, ups!) był poświęcony – głównie i najbardziej – samopomocy.

Po zjeździe mam takie refleksje:

  1. Samopomoc jest ważna, bo jest to społeczność/społeczeństwo w pigułce – to raz, a dwa, że my się dobrze rozumiemy, ponieważ współprzeżywamy i współodczuwamy.
  2. Minęło trzydzieści lat od założenia Klubów J – towarzyszymy sobie w „drodze” i są to znajomości, a czasem przyjaźnie, które były, są i będą. I to jest piękne.
  3. Każdy jakoś to jąkające się życie przeżył i dalej przeżywa. Czyli, każdy jakoś poradził sobie z jąkaniem. (Mówię o moich rocznikach.) Ale jest to proces, praca – różna praca, jak różne mamy charaktery, temperamenty, doświadczenia, możliwości, okoliczności.
  4. Każdy z nas przeszedł długą, daleką drogę (z ciężkim bagażem). Naprawdę, kiedyś byliśmy w punkcie A, a teraz jesteśmy w punkcie B. Niektórzy szczęśliwi i spełnieni. Niektórzy pogodzeni po prostu.

Ponieważ znamy się tak długo obserwuję po sobie i kolegach, że jąkamy się jednak coraz mniej. Wszyscy – mniej, niektórzy znacząco mniej, niektórzy już bardzo mało, albo prawie wcale.

Dożyłam czasu, kiedy (cóż, nie jestem już całkiem zdrowa, a każda niezdrowość ogranicza i psuje jakość życia) po raz pierwszy pomyślałam: wolę jąkanie niż „to”. Jąkanie to nie problem. Zawsze było: Wolę wszystko inne niż jąkanie. Dosłownie – wszystko! No, już nie wolę … Wiem, dla młodszych to żadna pociecha, ale widziałam też młodych ludzi, którzy bardzo ogarnęli się z jąkaniem, mimo, że jedynie ono im dolega. Bardzo mnie to ucieszyło!

Po raz pierwszy też pomyślałam, że jąkanie to nie samo zło. Być może „zawdzięczamy mu”, że MUSIELIŚMY bardziej się starać, musieliśmy coś bardziej, coś więcej, przy całej świadomości, że „motywacja” jest zamordyczna, ponad zwykłą wytrzymałość jednostki.

Rozwinę nieco punkt pierwszy, że my współprzeżywamy. Ktoś, kto nie przeżył wojny, strachu, głodu, nie zrozumie ludzi, którzy  mają takie doświadczenie. Może chcieć zrozumieć, starać się, uważać, że rozumie, może się wczuć, ale to nie to samo. Nie zmierzył się z tym, nie sprawdził się w tym, więc nie wie. Po ostatnim zjeździe, w dyskusjach, przewijał się temat, że jąkający zarzucają logopedom, że nie rozumieją jąkania, nie rozumieją emocji ludzi, którzy się jąkają. Naszych emocji. Jak więc mogą pomóc? To nie tak. W takiej opinii przeważają – złe doświadczenia (tyle się do was wychodziłem i dalej się jąkam!), może zazdrość, (ja tam zazdroszczę logopedom fajnego mówienia, wszystkim zazdroszczę fajnego mówienia, zresztą nie tylko tego), a może inne rzeczy …  Uważam, i chyba jest to oficjalny pogląd, że leczenie / pomoc, terapia logopedyczna nie polega na współodczuwaniu (współprzeżywaniu, współcierpieniu). Logopeda ma wiedzieć, wierzyć w to, co robi, być zaangażowanym, chyba niekoniecznie … emocjonalnie, nie musi współodczuwać. Logopeda to zawód, a Kluby/Grupy to spędzanie wolnego czasu. To jest inna pomoc, a to – inna. Inny rodzaj, inne świadczenie.
Moja koleżanka została pediatrą, nie psychiatrą dziecięcym, ponieważ sama – trochę „rąbnięta” mówiła: ja tym dzieciom nie pomogę, bo ja je za bardzo rozumiem. Albo się rozumie, albo pomaga.

Ostatnio zaczęłam znowu chodzić na spotkania samopomocowe. Kasia Macios mnie zmotywowała. Przyjechała z Kielc, a ja mam Grupę J … po drugiej stronie ulicy.

Poza tym – coś nas ciągnie – przynajmniej okresowo – do uczestnictwa.

Hobby zwane jąkaniem.