Dzień Dziecka

Nie chodzi mi o Dzień Dziecka. Ale coś  mi się przypomniało i muszę to napisać.
Miałam niedawno wycieczkę. Dziewięciolatki w liczbie pięćdziesiąt, po dalekiej podróży. Wszyscy (łącznie ze mną, bo pogoda była myląca, a Matki – Polki >łącznie ze mną< wyznają zasadę, że lepiej dźwigać, niż …) uzbrojeni w plecaczki z prowiantem i wodą, bluzy, kurtki oraz parasole. Upał jak nieszczęście. Nade mną zlitował się młody pilot i schował moją kurtkę i parasol do plecaka. Dzieci pozostały przywiązane do swoich bagaży. Droga Królewska. Pomnik Matejki. Ok, względna cisza. Pięćdziesiąt telefonów komórkowych wycelowanych w Mistrza Jana, a przy tej okazji – we mnie, stoję przecież na linii wzroku: Dziecko – Mistrz.  Potem było już tylko gorzej – upał, zmęczenie, zbyt młody wiek na tego rodzaju wiadomości mimo, że starałam się trafić do młodego rozumu, spowodowały, że ledwo dowlekliśmy się do Rynku, a później, już naprawdę resztkami sił, na Wawel. Po czasie wolnym, przy Sukiennicach, większość dzieci dorzuciła sobie jeszcze – niemałego – pluszowego smoka. Widok był więc, mniej więcej, taki: dziewięcioletnie dziecko, czerwone i zgrzane, w ręce woda, w drugiej parasol, rozpięta bluza, zaczepiona kapuzą o głowę, pod pachą ogoniasty – smok. Razy pięćdziesiąt. Ale w tym ogólnym rozgardiaszu – wielokrotnego przeliczania dzieci, działań wychowawczych z rodzaju: „a dlaczego ty go popchnąłeś”, toalet, zawiązywania sznurówek i krwi z nosa – miałam czas. Trzy nauczycielki, pilot i ja holowaliśmy grupę, krótkimi skokami naprzód. Obserwowałam zmagania pań. Jedna miała porządne tiki. Grymasy twarzy, spazmy szyi, widoczne trzepanie głową. Zauważyłam to zaraz na początku. Naprawdę rzucało się w oczy. Przeszły mi wtedy przez głowę (przeleciały!) dwie myśli – oj, dwie neurologiczne (znaczy: ona i ja) na jedną grupę, to lekki nadmiar jest; a druga – a, może i lepiej, dzieci przyzwyczajone do inności, jąkanie nie zrobi na nich wrażenia.

Rzeczywiście nie zrobiło. Parę razy dokończyły za mnie oczywisty wyraz, czy odklejoną sylabę. Bez najmniejszego zdziwienia oraz uszczerbku dla własnego zdrowia. Natomiast, obserwowałam nauczycielkę z tikami. Była bardzo ciepła. Dzieci się do niej garnęły. Lgnęły do niej. W jej grupie nie było wrzawy. Choć starałam się – za wszelką cenę – dopatrzyć jakiejkolwiek złej reakcji ze strony uczniów (w końcu też ich temperowała) na jej widoczne problemy – nie dopatrzyłam się. Była wychowawczynią tej klasy, musiała więc mieć także akceptację rodziców, dyrektora, środowiska (mała miejscowość), wszystkich! Lekarza przecież! I miała. Byłam zdziwiona. Byłam pozytywnie zdziwiona. Było mi osobiście miło. Nauczycielka była młoda. Dzisiaj nikt nie ochrzci jej – kaleką. Ja musiałam mieć (zdolność do pracy) podpisaną kartkę: nie ma wady wymowy.

Myślałam sobie, te dzieci mają naprawdę lepiej, wyuczone tolerancji, obyte z niedoskonałością. O ileż łatwiej jest im obcować z panią poskładaną z różnych cech, zamiast panią pomnikowo – idealną. Nie każde dziecko jest przecież wzorcowe, wypieszczone i bogate. I właśnie te dzieci – a takich jest większość – mają lepiej, na zasadzie:  Może ona, mogę i ja. Nie święci garnki lepią.

Inne panie były zdrowe, przynajmniej na oko i bardzo energiczne. I zwyczajowo – z odpowiednią dawką nauczycielskiego okrucieństwa. Do Kościoła Marackiego trzeba kupić bilet, żeby dojść pod sam ołtarz. Można wejść bez biletu, niby pomodlić się, a naprawdę zerknąć na ołtarz, z daleka. Wybraliśmy drugą opcję, narażając się, tym samym, na uwagi ochroniarzy. Ponieważ większość wycieczkowiczów była już w ciężkim stanie rozkojarzenia, rzuciłam hasło – kto chce zobaczyć ołtarz, idzie ze mną. Jedna trzecia chciała – w tej grupie „wyjątkowo niegrzeczny” chłopczyk. On chciał najbardziej, na co pani zareagowała: „Ooo, ty to na pewno nie pójdziesz!!!”. Klasowy „Ananas” miał łzy w oczach. Jezu, pomyślałam sobie, dlaczego to dziecko ma nie zobaczyć ołtarza, skoro jest ciekawe, skoro chce. Co to za kara i za jakież grzechy? A gdyby to było moje dziecko? A gdybym to była ja? A może dzieło Stwosza właśnie na tym chłopaku zrobi największe wrażenie. Może on jedyny ma tu duszę artysty. Poszliśmy wszyscy.

Mówcie, co chcecie. Może nie tylko ludzie z „czymś”, ale prawdopodobnie wszyscy ludzie z „czymś”, z jakąś wadą, przypadłością, niedoskonałością, mają w sobie empatię. Potrafią się wczuć. Reszta myśli głównie o sobie.

My nie tylko myślimy. My też czujemy.

 

Reklamy

Coś w tym jest

Wróciłam z Grupy J, jednej z krakowskich form samopomocy z której korzystam i z którą się utożsamiam, i którą lubię. Miałam dzisiaj prezentację, czytałam obszerne fragmenty książki profesora Jana Kotei, którą on napisał w roku 1981, bo był to Rok Niepełnosprawnych, a on miał, czy przeszedł, chorobę Heinego – Medina i tak nocami, przez pół roku,  pisał sobie, a później, po jego śmierci, notatki znalazły jego dzieci i wydały jako książkę. O czym pisał? Dwutorowo, nawet trzy. Po pierwsze, wylewał na papier emocje z dna duszy. Przepracowywał po latach to co go uwierało, czyli sytuacje, które mu dopiekły, to znaczy uraziły go i – jeszcze raz – wziął je sobie na autopsychologiczny warsztat. Po drugie – określił jak widzi, to znaczy, jaki jego zdaniem powinien być stosunek ludzi do ludzi, ludzi na oko takich samych, do ludzi na oko trochę innych. Po trzecie – wspominał ojca, siebie, kolegów, ot, rzeczy ważne – nieważne, ale dla niego ważne.
Ja, kiedy czytałam te zapiski uryczałam się nad nimi jak bóbr. Czułam tak wielką wspólnotę i powinowactwo przeżyć z Profesorem, tak strasznie mocno odnosiłam jego wspomnienia do swoich wspomnień, jego przeżycia do swoich, tak bardzo to co napisał rozumiałam, że podpisywałam się w myślach pod jego tekstem obiema rękami, więcej, całą sobą.  Stwierdziłam, że każda widoczna niepełnosprawność, jakakolwiek, daje identyczne kompleksy, przemyślenia i przeżycia. Jest odczuwana przez wszystkich w ten sam sposób. Z tym przesłaniem poszłam na dzisiejszą grupę. Scenariusz spotkania przewidywałam taki, że wszyscy pewnie będą płakać podczas, gdy ja będę czytać, następnie wszyscy zgodzą się co do tego, że to samo przeżyli, tak samo myśleli i potwierdzą to swoimi podobnymi historiami i historyjkami.
Tymczasem nic takiego się nie stało. Płakałam tylko ja, co – dziś ostatecznie – utwierdziło mnie w przekonaniu, że pod względem gotowości do płaczu, daleko jednak odbiegam od średniej. Moja potrzeba płaczu (nad sobą!) jest nienormalna. Po drugie, nikt nie powiedział: ja też, ja też! Stopień utożsamienia się grupy z treścią książki był – słaby. Wnioski po dyskusji mogę streścić w dwóch punktach: 1. Przeżywanie zależy od charakteru człowieka, nie zaś od jego wady; 2. To jest świadectwo pokolenia, które odeszło. Teraz już się tak nie myśli.
Przyznam, że było to dla mnie mocne przeżycie. Byłam zdziwiona. Dotarło do mnie, ze coś jest na rzeczy między mną a ś.p. Profesorem. Jakżesz jego pisanie i moje (książka i blog) jest podobne!  Ja wiem, w stylu, w intencji, w mocy przeżyć, w wierze w swoje racje.
Wsiadłam do autobusu i mnie olśniło. Miałam wrażenie, że chwilę temu ja z książką byłam po jednej stronie przeżyć, a reszta grupy, czyli większość, czyli wszyscy(!) – po drugiej. Po raz pierwszy pomyślałam dzisiaj, że nie każdy kto się jąka przeżywa jąkanie tak samo. Ja przeżywam bardzo (na szczęście odwrotnie proporcjonalnie do wieku, ale i tak bardzo, lub deko mniej bardzo).
Tylko, że ja wszystko przeżywam bardzo, bardzo. I płaczę nad wieloma rzeczami w moim życiu, które były, lub – wszystko jedno – których nie było. Tak, to nie obiektywne fakty czynią mnie nieszczęśliwą, lecz myślenie o nich. Ale to nie wystarczy wiedzieć, to trzeba poczuć. I ja to dzisiaj poczułam. To była prawdziwa psychoterapia.
Cytat:

Gdybym miał skrzydła! Ilu ludziom śnił się taki sen?
Gdybym miał oczy …
Gdybym miał całe płuca …
Gdybym słyszał …

to bym unosił się ponad drzewami i domami, ponad lasami i łąkami
i śpiewał.

Jan Koteja, 1981. Rok Niepełnosprawnych

O zjeździe, kilka refleksji

Październikowy zjazd w Krakowie (ubiegłoroczny zjazd, ups!) był poświęcony – głównie i najbardziej – samopomocy.

Po zjeździe mam takie refleksje:

  1. Samopomoc jest ważna, bo jest to społeczność/społeczeństwo w pigułce – to raz, a dwa, że my się dobrze rozumiemy, ponieważ współprzeżywamy i współodczuwamy.
  2. Minęło trzydzieści lat od założenia Klubów J – towarzyszymy sobie w „drodze” i są to znajomości, a czasem przyjaźnie, które były, są i będą. I to jest piękne.
  3. Każdy jakoś to jąkające się życie przeżył i dalej przeżywa. Czyli, każdy jakoś poradził sobie z jąkaniem. (Mówię o moich rocznikach.) Ale jest to proces, praca – różna praca, jak różne mamy charaktery, temperamenty, doświadczenia, możliwości, okoliczności.
  4. Każdy z nas przeszedł długą, daleką drogę (z ciężkim bagażem). Naprawdę, kiedyś byliśmy w punkcie A, a teraz jesteśmy w punkcie B. Niektórzy szczęśliwi i spełnieni. Niektórzy pogodzeni po prostu.

Ponieważ znamy się tak długo obserwuję po sobie i kolegach, że jąkamy się jednak coraz mniej. Wszyscy – mniej, niektórzy znacząco mniej, niektórzy już bardzo mało, albo prawie wcale.

Dożyłam czasu, kiedy (cóż, nie jestem już całkiem zdrowa, a każda niezdrowość ogranicza i psuje jakość życia) po raz pierwszy pomyślałam: wolę jąkanie niż „to”. Jąkanie to nie problem. Zawsze było: Wolę wszystko inne niż jąkanie. Dosłownie – wszystko! No, już nie wolę … Wiem, dla młodszych to żadna pociecha, ale widziałam też młodych ludzi, którzy bardzo ogarnęli się z jąkaniem, mimo, że jedynie ono im dolega. Bardzo mnie to ucieszyło!

Po raz pierwszy też pomyślałam, że jąkanie to nie samo zło. Być może „zawdzięczamy mu”, że MUSIELIŚMY bardziej się starać, musieliśmy coś bardziej, coś więcej, przy całej świadomości, że „motywacja” jest zamordyczna, ponad zwykłą wytrzymałość jednostki.

Rozwinę nieco punkt pierwszy, że my współprzeżywamy. Ktoś, kto nie przeżył wojny, strachu, głodu, nie zrozumie ludzi, którzy  mają takie doświadczenie. Może chcieć zrozumieć, starać się, uważać, że rozumie, może się wczuć, ale to nie to samo. Nie zmierzył się z tym, nie sprawdził się w tym, więc nie wie. Po ostatnim zjeździe, w dyskusjach, przewijał się temat, że jąkający zarzucają logopedom, że nie rozumieją jąkania, nie rozumieją emocji ludzi, którzy się jąkają. Naszych emocji. Jak więc mogą pomóc? To nie tak. W takiej opinii przeważają – złe doświadczenia (tyle się do was wychodziłem i dalej się jąkam!), może zazdrość, (ja tam zazdroszczę logopedom fajnego mówienia, wszystkim zazdroszczę fajnego mówienia, zresztą nie tylko tego), a może inne rzeczy …  Uważam, i chyba jest to oficjalny pogląd, że leczenie / pomoc, terapia logopedyczna nie polega na współodczuwaniu (współprzeżywaniu, współcierpieniu). Logopeda ma wiedzieć, wierzyć w to, co robi, być zaangażowanym, chyba niekoniecznie … emocjonalnie, nie musi współodczuwać. Logopeda to zawód, a Kluby/Grupy to spędzanie wolnego czasu. To jest inna pomoc, a to – inna. Inny rodzaj, inne świadczenie.
Moja koleżanka została pediatrą, nie psychiatrą dziecięcym, ponieważ sama – trochę „rąbnięta” mówiła: ja tym dzieciom nie pomogę, bo ja je za bardzo rozumiem. Albo się rozumie, albo pomaga.

Ostatnio zaczęłam znowu chodzić na spotkania samopomocowe. Kasia Macios mnie zmotywowała. Przyjechała z Kielc, a ja mam Grupę J … po drugiej stronie ulicy.

Poza tym – coś nas ciągnie – przynajmniej okresowo – do uczestnictwa.

Hobby zwane jąkaniem.

 

 

Trzecia relacja – Romana Kary

JUBILEUSZOWA LAURKA SPOD ZNAKU „J”

Z TRÓJKĄ W TLE

 

Rok 2017 jest dla krakowskiego, a i polskiego środowiska samopomocy osób jąkających się, rokiem szczególnym – jubileuszowym. Częstokroć przy takich okazjach doszukujemy się efektownych wyróżników, symboli, pozwalających na dłużej zatrzymać w pamięci niezwyczajny czas, tym bardziej jeśli to był dobry czas.

Otóż nam nieodmiennie ów jubileusz będzie kojarzył się z liczbą 3. By nie być posądzonym o nadmierną megalomanię, pomińmy symbolikę i przypisywane tej liczbie znaczenie i, lekko mrużąc powiekę, poprzestańmy na cytacie łacińskiej sentencji:
Omne trinum perfectum – wszystko co potrójne jest najlepsze.

Ruch samopomocy osób jąkających się został wzniecony trzy dekady temu w Krakowie. Jego spiritus movens, dr Aldonie Grzybowskiej i przy tej okazji nisko się kłaniamy. Potem nastało trzydzieści lat nieprzerwanej działalności. W naszej pamięci
i sercach pozostają dziesiątki ludzi, setki rozmaitych spotkań, ogrom wzajemnie przekazanego wsparcia…

Zwieńczeniem jubileuszu stały się trzy wydarzenia: publikacja i uroczysta premiera książki Życie z zacięciem nad którą pracowaliśmy przez dłuższy czas, Ogólnopolska Konferencja Naukowa podejmująca problem jąkania oraz Zjazd Osób Jąkających się. Miejscem owych zdarzeń był kampus Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, a wszystkie one rozegrały się w dniach 19-22 października, wpisując się jednocześnie w obchody 20. Światowego Dnia Świadomości Jąkania –International Stuttering Awareness Day – ISAD 2017.

 

Książka

… „ powstała z inicjatywy krakowskiego środowiska samopomocy osób jąkających się, ale wkrótce zaraziła entuzjazmem ludzi zrzeszonych w Klubach „J” w wielu miastach całej Polski, także tych, którzy na lata spędzone razem, spoglądają z perspektywy czasu oraz terapeutów ceniących ideę samopomocy.” – pisze we Wprowadzeniu Zespół Redakcyjny.

I tak, dzięki zaangażowaniu 70. Autorów powstało potężne opracowanie na temat jąkania, łączące perspektywę wybitnych specjalistów – logopedów, naukowców, terapeutów, a także grup samopomocy oraz pojedynczych osób dotkniętych tym problemem.

Wydawnictwo Edukacyjne, wydawca naszego dzieła, tak go rekomenduje: Życie z zacięciem. Integralny przewodnik po jąkaniu – oto książka niezwykła po trzykroć:

  • unikatowe kompendium wiedzy teoretycznej i praktycznej dotyczące wielowymiarowego zaburzenia płynności mowy, jakim jest jąkanie
  • przegląd metod terapii indywidualnych i grupowych oraz technik radzenia sobie na co dzień z zacinaniem
  • kalejdoskop ludzkich losów naznaczonych jąkaniem, osobistych opowieści-świadectw bohaterów żyjących pośród nas

Jak wskazuje podtytuł, książka posiada walor integrujący i skierowana jest zarówno do osób jąkających się (niezależnie od wieku) jak i do osób zawodowo zajmujących się terapią: logopedów, psychologów, pedagogów oraz adeptów tych profesji.

Zespół Redakcyjny i Autorzy mają nadzieję, iż Życie z zacięciem stanie się ważkim głosem
w polskiej logopedii, uzupełniając tym samym kanon literatury przedmiotu. Są jeszcze marzenia. Takim podzielił się jeden
z Redaktorów: „Chcielibyśmy, aby dla osób zmagających się z jąkaniem, zniechęconych i rozgoryczonych brakiem satysfakcjonujących efektów, których to jąkanie tak po ludzku zmordowało, lektura naszej książki była iskierką nadziei, inspiracją do optymistycznej refleksji. A potem stała sie impulsem do zmian, w wyniku których dojmujące: smutek, wstyd, wyobcowanie ustąpią miejsca akceptacji, otwartości, odwadze, wolności …”.

 

Konferencja

Wydawnictwo Edukacyjne i stowarzyszony z nim Instytut Kształcenia Nauczycieli zdecydowali, że ukoronowaniem prac nad książką i niejako ich dopełnieniem będzie zorganizowanie tematycznej Konferencji Naukowej. Jej datę wyznaczono na dzień premiery książki, a zatytułowano Życie z zacięciem. Jąkanie jako zaburzenie wielowymiarowe. Skala i rozmach przedsięwzięcia, a przede wszystkim liczba jego uczestników (ponad 200-stu), przerosły najśmielsze oczekiwania. Tym bardziej podkreślmy niebagatelny wkład jaki w przygotowania merytorycznej strony Konferencji wniosły Lucyna Jankowska – Szafarska i Beata Suligowska, od lat niezastąpione w naszym samopomocowym środowisku.

Jako prelegenci wystąpili Autorzy książki oraz zaproszeni goście, w tym gość wyjątkowy – Benny Ravid. Niegdyś szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Osób Jąkających się (ISA), obecnie honorowy przewodniczący izraelskiego odpowiednika tej organizacji. Warto nadmienić, iż Benny napisał Rekomendację do książki i towarzyszył nam także podczas Zjazdu.

Tak swoimi wrażeniami z konferencyjnych wystąpień dzieliła się na blogu Danuty Jąkała też człowiek, Kasia Macios:
„… jak zaczarowana zasłuchuję się w prezentację Katarzyny Węsierskiej, Marii Faściszewskiej, Róży Sobocińskiej i wielu innych zacnych prelegentów. Ich słowa działają raz jak magnez, raz jak miód, raz jak lekki kojący obłok. Niosą to, co pragnęłam od dawna usłyszeć od logopedów: zrozumienie, prawdę, odpowiedzialność, zaangażowanie, wsparcie, chęć współpracy”.

W trzeciej sesji Konferencji, w której o jąkaniu i sposobach radzenia sobie z nim mówiły osoby doświadczającego go osobiście, bardzo dobrze odebrane wystąpienia zanotowali przedstawiciele krakowskiej społeczności spod znaku „J”. W sposób, momentami brawurowy, zaprezentowali szeroką gamę podejmowanych przez nas aktywności samopomocowych.

Kończąc konferencyjne reminiscencje, zacytujmy wpis zamieszczony na profilu facebookowym Organizatorów: „Dziękujemy wszystkim Prelegentom oraz Uczestnikom za niesamowitą atmosferę, przekazaną siłę, odwagę wystąpienia i mnóstwo innych pozytywnych emocji, które się nagromadziły podczas naszego wspólnego piątkowego wydarzenia.
Niech ta moc idzie dalej w świat!”.

 

Zjazd

Powyższe wydarzenia nie sposób było nie powiązać z dorocznym ogólnopolskim spotkaniem Jotowej Braci. Zaproponowaliśmy wspólne spędzenie tego ważnego dla nas czasu w Krakowie, organizując Ogólnopolski Zjazd Osób Jąkających się pod hasłem  Życie z zacięciem. 30 lat Klubów J – ruchu samopomocowego osób jąkających się w Polsce. Nasze zaproszenie przyjęło ponad pięćdziesiat osób z całego kraju, a uwzględniając lokalsów, przez przedłużony październikowy weekend, dyskutowała, konferowała, szkoliła i bawiła się równa osiemdziesiątka. Z okazji jubileuszu na Zjeździe pojawili się, dawno nie widziani, nasi Nestorzy – animatorzy i uczestnicy pierwszych działań samopomocowych. Za ich obecność szczególnie dziękujemy! Wspomnieć wypada, że za stronę formalno – finansową Zjazdu odpowiadało Stowarzyszenie Ostoja i Fundacja Frogos.

Na takich spotkaniach najistotniejsza jest atmosfera oraz osobiste przeżycia i interakcje uczestników. Zostawiając ostateczną ocenę Gościom, odnotujmy najistotniejsze zjazdowe wydarzenia.

Oficjalnie Zjazd zainaugurowały Nocne Jotów Rozmowy. Zaproponowany przez prowadzącą temat: „Co jest pieczęcią wolności? Przestać wstydzić się samego siebie” – zainspirował do szczerych, osobistych wyznań. Udana dyskusja była prognostykiem wielu późniejszych autentycznych, niebanalnych, niekiedy gorących rozmów i debat.

Potem odbył się grill, który miał otwierać nasze spotkanie, ale … Ujmijmy rzecz następująco: dużą umiejętność w przypadku pojawienia się słabości bądź kryzysu, stanowi przekucie ich w atut i sukces. A z podsłuchanych relacji wiemy, że ta późnowieczorna biesiada zyskała miano niemalże … kultowej. Także z powodu oryginalnej integracji z bawiącą się nieopodal studencką gromadą.

Piątek – to przede wszystkim Konferencja. Tuż po jej zakończeniu wernisaż książki – wspólne spotkanie Autorów i osób, które przyczyniły się do jej powstania oraz czytelników. Gratulacje, serdeczności, wzajemnie wymieniane autografy, dużo wzruszeń… Miłe chwile.

Część z nas kontynuowało to autorskie spotkanie w jednej z krakowskich knajpek; pozostali natomiast sprawdzali – z sukcesem – jakie atrakcje Gród Kraka oferuje nocą swoim gościom. Wcześniej wspólnie przespacerowaliśmy się fragmentem Drogi Królewskiej, słuchając opowieści przewodniczki, poddając się jednocześnie urokowi subtelnie oświetlonych, dostojnych budowli.

W sobotnich warsztatach zwracała uwagę różnorodność form i tematów. Było więc i klasycznie logopedycznie, ale również żywieniowo, oddechowo, taneczne i randkowo. Niektórzy pokusili się nawet o rysowanie filozofii… Po południu – wypad na miasto. Tematem zwiedzania był „Kraków między wojnami, nieco młodszy Kraków”. „Piękne miasto i super przewodniczka!”,
jak podsumował jeden z uczestników.

Wieczorem wyczekiwany Bal Balbuta. Jego oryginalną scenerię stanowiły sale monumentalnego socrealistycznego Centrum Administracyjnego dawnej Huty im. Lenina. Tym razem nie zajmowała nas jednak historia i zwiedzanie, a nieskrępowana, fantastyczna zabawa. Poprzedziła ją podniosła uroczystość wręczenia Aniołów Samopomocowych  – wyróżnień dla wybitnych osób tworzących pierwsze Kluby „J”.
A później…, później zdawało się, że tanom i pląsom nie będzie końca. Wyznaczył go dopiero rześki niedzielny poranek.

A my … nie zwalniamy tempa. Krótka regeneracja, szybkie śniadanie i kolejny stały zjazdowy punkt: Mikrofon dla wszystkich. Możliwość podzielenia się „na gorąco” swoimi przeżyciami ze Zjazdu, także okazja do pierwszych podsumowań. Panel planowany na godzinę trwał – jakże by inaczej – trzy. Wypełniła go żywa, intensywna, bardzo emocjonalna dyskusja. Poruszona jeszcze podczas konferencji kwestia: czy jąkanie może być darem, w dalszym ciągu nie pozostawiała zjazdowiczów obojętnymi.

Potem już tylko obiad i … „pożegnania – ale przecież nie na wieczność! Mamy emaile, facebooka, telefony, skype, cały czas pozostajemy w łączności” –  zauważa Kasia Macios w cytowanym już wpisie na blogu.

Jubileuszowe przeżycia za nami. Pora więc zacząć kolejny etap. Wszak celów i wyzwań nie brakuje; szczęśliwie zapału i nowych pomysłów także. Wiele jest również możliwości ich realizacji. Obecnie bowiem krakowskie środowisko samopomocy osób jąkających się urzeczywistnia swoją misję różnokierunkowo. Można wyodrębnić trzy główne nurty związane z: Klubem „J” spotykającym się w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej przy ul. św. Gertrudy 2, Grupą Wsparcia „J” w podejściu Charlesa Van Ripera afiliowaną przy Instytucie Psychologii UJ (ul. Ingardena 6) oraz mniej oficjalnymi, a bardziej towarzyskimi grupami Facebookowymi: Grupą z Zacięciem i Demostenes Kraków. Nie rywalizujemy, a uzupełniamy się i współdziałamy.
Z radością też, powitamy nowe osoby w naszym gronie!

Roman Kara

 

Relacja Romana Furgi

Zjazd Osób Jąkających się, Kraków 2017.

 

Byłem pierwszy raz na takim zjeździe. Było warto. W zasadzie ciągle coś było dla mnie zaskoczeniem.

  1. Transport bez zastrzeżeń, wszystko sprawnie. Śniadanie zjadłem tuż przed wyjazdem z domu, ok. godziny 9.00. Myślę sobie, skoro o 17.30 ma być grill, to już nie będę jadł obiadu w Krakowie, bo potem nic nie zjem na grillu. Jakoś wytrzymam te dwie godziny. No i wytrzymałem do 22.30 (bo dopiero wtedy był grill). Post jest zdrowy, więc od razu poczułem się lepiej. Na grillu rozmawiałem (m.in.) z Francuzem po angielsku, a potem z Turkiem po angielsku i rosyjsku (głównie o polityce i religii). Może zaznaczę jeszcze, że słabiutko znam angielski i rosyjski. Zostałem bratem Turka. No i fajnie.
  2. Nocne Jotów Rozmowy. Słuchając uczestników pomyślałem, że przyjazd na zjazd był dobrym pomysłem.
  3. Konferencja? Czasem ludzie obrażają się jak im się powie szczerze to co się myśli (niestety). Napiszę tylko, że nudziłem się. Nikt mi nie musi opowiadać, np. jakie trudności ma jąkający się uczeń w szkole. Sam to wszystko przeżyłem. Wiem o tym nie tylko intelektem, ale całym sercem. I mimo upływu dziesiątek lat wiele pamiętam, jakby to było wczoraj. Rozumiem, że ta konferencja była też dla ludzi, którzy nie jąkają się (m.in. dla rodziców dzieci jąkających się, terapeutów), więc chodziło o przekazanie tej wiedzy właśnie im. Uważam, że osoba nie jąkająca się nie jest w stanie zrozumieć osoby jąkającej się, mimo najszczerszych chęci! „Syty głodnego nie zrozumie”. Może i zapamięta w swoim umyśle, ale nigdy nie poczuje tego sercem. „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.
  4. Warsztaty. Osobiście jestem bardzo zadowolony. I z tych, na których byłem uczestnikiem i z tych, które poprowadziłem. Dużo się nauczyłem (i z tych, i z tych). Po prostu było super!
    Zwiedzanie też super! Nareszcie poznałem trochę Kraków i to w tak krótkim czasie! Piękne miasto i super przewodnik!
    Bal Balbuta też ok (pomyślałem sobie wtedy, że mimo jąkania jednak też się starzeję! Może dlatego, że już się nie jąkam??).
  5. Mikrofon dla wszystkich. To było jak gdyby powtórzenie nocnych rozmów (tyle, że w dzień). Było ciekawie! Nawet bardzo! Żywa, ciekawa dyskusja. Dużo się dowiedziałem, też o sobie (myślałem, że jestem silniejszy). Rozkleiłem się. Jednak emocje związane z jąkaniem są we mnie ciągle bardzo mocne. Może po tym stałem się silniejszy?
  6. Ogólne wrażenie. Spodziewałem się, że taki zjazd będzie kopalnią pomysłów, jak pomóc sobie przestać się jąkać (jąkać się mniej). Zaskoczył mnie wszechobecny brak wiary (takie miałem wrażenie!) w to, że jąkania można się pozbyć. Bo ja wierzę, że można, a nawet trzeba! Nawet rozumiem to, bo wszyscy byli po różnorakich terapiach i mimo poprawy (często dużej) ciągle się jednak jąkają. Czy można pomóc osobie jąkającej się? Według mojego głębokiego przekonania, przede wszystkim, każdy musi sobie pomóc sam. Nikt za nikogo nie poradzi sobie z jąkaniem. Jeżeli ktoś nie chce, czy nie wierzy w skuteczność terapii, to jej nie zastosuje. A terapia, którą się stosuje jest zawsze lepsza od tej, której się nie stosuje. Robić ciągle to samo i spodziewać się innych rezultatów też nie jest rozsądne. Skoro coś nie działa (działa słabo), to trzeba spróbować czegoś innego. Może zmodyfikować coś?
    Napiszę jeszcze, że tylu miłych, delikatnych, wrażliwych ludzi (zwłaszcza odmiennej płci, ale nie tylko) w jednym miejscu, nie spotkałem wcześniej w życiu.

Czy masz prawo mieć własne zdanie i je zaprezentować?

Roman Furga

Październik 2017, Kraków. Osobista relacja Kasi Macios.

Katarzyna Macios

Kielce 08/11/2017

 

Relacja z Ogólnopolskiego Zjazdu Osób Jąkających się w Krakowie

19-22/10/2017 Kraków

Życie z zacięciem. 30 lat Klubów J – ruchu samopomocowego osób jąkających się w Polsce

 

19 październik. Stoimy, a właściwie siedzimy, w taksówce w korku. Już samo zamówienie taksówki na górną płytę krakowskiego dworca PKP okazało się niełatwym zadaniem, wymagającym wykonania kilku telefonów oraz niecierpliwego spaceru po antresoli. Dojazd na teren campusu Uniwersytetu Rolniczego trwał ponad 40 minut. Niepewność, zamyślenie, ciekawość. Gdzie ich znajdę?Czy będzie na miejscu ktoś znajomy? Ile osób już przyjechało? Całe szczęście: tak, są. Roman, Ania, Zdzisław, Paulina, Natalia, Kasia i wiele innych znajomych twarzy. Danusia. Brakuje mi kolorowej i uczuciowej Tatiany, ale jej głos gdzieś odbijał się echem od surowych ścian Klubu Akademickiego Arka.

Legendarnego grilla sobie podarowałam, wyczerpana intensywnymi przygotowaniami do Zjazdu. Musiałam też ułożyć do snu bagaż o pokaźnym gabarycie – zapakowane troskliwie ceramiczne anioły samopomocowe, które szykowały się na poważną misję. Miały za chwilę dołączyć do starszych braci, przegadać z nimi strategię działania i później rozdzielić się by jechać w Polskę.

 

20 październik. Śniadanie jest okazją, by przywitać się na nowo z dawno niewidzianymi ludźmi. Róża, Marek, Bogusław, Jarosław, Max. Konferencja. Spontaniczne wieszanie wystawy jednej i drugiej. Pierwsza nawiązywała do okładki książki „Życie z zacięciem” (Wydawnictwo Edukacyjne), była zapisem pracy nad jej projektem, nad selekcją haseł. Na drugiej prezentowano archiwalne materiały wydawnicze grup samopomocowych. Szybka i spontaniczna wymiana serdeczności z Agnieszką Lasotą-Wójnicką, która wspierała nas bardzo przy wydaniu książki, jej promocji w social media oraz w ostatniej chwili, przysłowiowym rzutem na taśmę, uratowała zjazdowy plakat. Zachęcona przez Bogusława proszę Dr. Adama Rutę, Prezesa Wydawnictwa Edukacyjnego o pięć zdań przy mikrofonie, zachęcających do interakcji z wystawą. Nogi mi się trzęsą, wszak to obcy mężczyzna, w garniturze, na poważnym stanowisku, blok za blokiem, zaciskam powieki. Obawy zupełnie bezpodstawne, serdeczny uśmiech i pełna aprobata dodają mi otuchy. Ale… co mam powiedzieć? Układam w głowie scenerię fraz, odważne puenty, wyśnione metafory… maksymalnie skoncentrowana zasiadam na krześle, w głowie ułożona już cała wypowiedź, rozglądam się wokół i ogarnia mnie przerażenie. Jestem na sali wykładowej, za mną znudzeni studenci, przede mną starsza pani w okularach i garsonce. Gdzie ja do licha jestem? Wstaję jak oparzona, podryguję na wysokich obcasach, miętoląc w gardle zgniecione Darz bór.

Na szczęście na holu jest jeszcze grupa znajomych twarzy. Podążam w stronę niebieskiej sali. Wywołana do katedry czuję głębokie kłucie w sercu, ale siedzący obok i wspierający cały czas Roman przesyła spojrzenie, które mówi wszystko. Dasz radę. Ja odpowiadam wzrokiem: Bo jak nie my to kto? I kiedy? I dlaczego za nas w naszym imieniu? Przy mównicy trzęsą mi się nogi, kaleczę szyk zdań, głos gdzieś cofa się głęboko do gardła. Ale ludzie są zadowoleni, klaszczą. Dotarło, zrozumieli, jest dobrze. Później jak zaczarowana zasłuchuję się w prezentację Katarzyny Węsierskiej, Marii Faściszewskiej, Róży Sobocińskiej i wielu innych zacnych prelegentów. Ich słowa działają raz jak magnez, raz jak miód, raz jak lekki kojący obłok. Niosą to, czego pragnęłam od dawna usłyszeć od logopedów: zrozumienie, prawdę, odpowiedzialność, zaangażowanie, wsparcie, chęć współpracy.

Po konferencji promocja książki na holu Wydziału Leśnego UR. Dużo wzruszeń i serdeczności. Bardzo mile i ochoczo spija się kremową śmietankę sukcesu po miesiącach współpracy nad unikatową książką. Podziwiam zespół redakcyjny: Lucynę, Beatę, Romana i Kamila oraz pracowników WE, gratuluję im wytrwałości i cieszę się, że mogłam im pomóc.

 

21 październik. Dzień warsztatów. Przed ich rozpoczęciem wzruszający moment: wręczanie aniołów samopomocy dla tych, którzy szczególnie zasłużyli się dla Klubów J. Kasia, Mirosław, Renata. Na pierwsze zajęcia wybrałam warsztaty autoprezentacji z Filipem Werstlerem. Dynamiczne, ciekawie prowadzone, momentami zaskakujące. Dużym ich plusem było to, że w bezpiecznej, zamkniętej grupie mogliśmy wzajemnie przekazywać sobie drobne uwagi, a raczej wskazówki i spontaniczne wrażenia na temat naszych prezentacji. Kolejne warsztaty z Kasią Ploch i Izą Michtą niosły inną dawkę energii, ale również mocną i pozytywną. Zadziała się tam jakaś sekretna magia, która przekuła się w realność. Propozycja wysunięta przez Kasię, w której – oczywiście nie cytuję, tylko podaję swoją interpretację tej treści – prezentowana jest idea percepcji jąkania jako „drugiego języka”. Bardzo ciekawa, godna uwagi, oszczędzająca zarówno zdrowie psychiczne jak i fizyczne, redukująca koszty, minimalizująca krzywdę, lęk i frustracje. Nawet jeśli jest to jedynie konstrukt intelektualny, próba wizualizacji, to wart zastosowania… szczególnie w odczulaniu. Nawet jak nie na swoje jąkanie, to na jąkanie innych. Przed warsztatami z Kasią i Izą (a zaraz po nich diametralnie się to zmieniło) stresowało mnie słuchanie osób z bardzo nasilonym jąkaniem. Te boleśnie powykręcane słowa, poprzewracana składnia, dużo obcych niezrozumiałych dźwięków i ból fizycznej walki wypisany na twarzy… włączał mi się autentyczny lęk przed tym, żeby zapytać Przepraszam, nie zrozumiałam, czy możesz powtórzyć, bowiem przypuszczałam, że te osoby i tak nie powiedzą tego lepiej a ja tylko przyczynię się do powiększenia ich dyskomfortu… szach i mat. Nie wiadomo:

– czy empatycznie współczuć?

– czy stresować się dodatkowo jako rozmówca?

– czy potakiwać grzecznie, w ogóle nie rozumiejąc przekazu?

Gdy włączyłam wizualizacją obcego języka, no właśnie… Gdy zaczęłam słuchać tych osób z perspektywy, że to ich język, dla mnie obcy, przypomniała mi się – naprawdę! – matura pisemna z języka angielskiego (i w ogóle inne też zajęcia z nauki obcego języka), puszczanie (tylko jeden, jedyny raz) nagrania z taśmy, z którego mieliśmy za zadanie najczęściej:

wyłowić słowa klucze

– zrozumieć kontekst

– wyłowić najważniejsze informacje

– dopasować fakty i zdarzenia/historie

Wiadomo przecież, że nigdy nie wiedziało się wszystkiego, nie rozpoznało się wszystkich słów, nie znało się wszystkich idiomów… skąd my to znamy?

Zaczęłam słuchać na zjeździe osób silnie jąkających z włączeniem czujek – takich jak na egzaminach z angielskiego – czujek skupienia na wyławianiu słów brzmiących zrozumiale i koncentracji na próbie doklejenia reszty tzw. własnym sumptem. Wyłączyłam stres, empatię i litość, chyba zbędną. Stres znikł. Za to pojawiły się wrażenia jak z surrealistycznych filmów 😉 Odczulenie? 😉 Jestem na tak! Odczulające moce zna też Marina Abramovic (miałam wtedy megablok więc nie daję sobie ręki uciąć, że wypowiedziałam jej nazwisko w zrozumiały sposób)

https://www.youtube.com/watch?v=OS0Tg0IjCp4

 

Bal Balbuta. Bal, bal do białego, mocno schłodzonego, ale nie wstrząśniętego rana. Wręczanie aniołów samopomocowych, książek, świętowanie urodzin Rafała. Zmysłowe i finezyjne tango Danusi i jej tanecznego partnera.

 

22 październik. Ostatnie śniadanie. Wysoce energetyczny mikrofon dla wszystkich, bez dziękczynnego głaskania i grzecznościowych umizgów. Zażarta dyskusja z przebłyskami piorunów: czym jest jąkanie? Darem? Przekleństwem? Szansą? Pogrążeniem? Celem? Ja, nawiązując do ruchu dada, powiem przekornie, że jąkanie może być – równie dobrze – krzesłem, rybką, liściem lub sznurkiem. Jest tym, czym chcesz żeby było. To Ty sam nadajesz znaczenie i interpretację rzeczom, które dzieją się wokół. Chcesz, aby było grząskim bagnem – będzie. Chcesz, by było szansą poznania ciekawych ludzi z całego świata – też będzie. Chcesz by było rybką?W przeważnie niewzburzonych falach płynności będzie się pluskać.

   Pożegnania – ale przecież nie na wieczność! Mamy emaile, facebooka, telefony, skype, cały czas pozostajemy w łączności i wspieraniu się nawzajem. Już planuję w myślach przyszłoroczny zjazd i propozycję artystycznych warsztatów dla chętnych. Dziękuję wam wszystkim, co daliście od siebie i co pokornie pozwoliliście sobie dać.

 

Ogólnopolski Zjazd Osób Jąkających się, Kraków 2017, 19 -22 październik

Polecamy i zapraszamy!

https://30latjkrakow.pl/

https://we.pl/info/index/pageId/33/preview/1

Bardzo serdecznie polecamy również Państwu materiał filmowy przygotowany z okazji ISAD 2017, który został zarejestrowany 22 czerwca 2017 roku podczas otwartego panelu dyskusyjnego Zmiana postaw wobec jąkania! (Changing attitudes toward stuttering!) w CINiBA.