Wszystko płynie

Wszystko się zmienia. Zmienia się również nasz stosunek do własnego jąkania.

„Wspomnienia jąkały” kończą się obecnie na szkole podstawowej. W tak zwanych wolnych chwilach mam do wyboru: uczenie się angielskiego, uczenie się o Krakowie, pisanie bloga, albo gotowanie obiadu. Staram się więc wybierać.

W skrócie-  myślę tak:

Dzieciństwo z jąkaniem- jeżeli jest dobre (rodzice nie rozpaczają, ma się pomoc specjalistyczną, SPECJALISTYCZNĄ!, rodzina popycha w stronę rozwijania zainteresowań, a nauczyciele zrobią cokolwiek dla dziecka, a nie schowają głowy w piasek) to potem w życiu jest łatwiej. Ma się z czego czerpać siłę. Ale to każdy przecież tak ma!

Jeśli dzieciństwo jest złe (rodzice się dziecka wstydzą, rzucają się w terapie, które obiecują „różową pigułkę”, mówią „ja nie chodziłam do szkoły muzycznej i żyję”, dziecko zostaje z problemem samo) to potem, albo się odnajdzie, albo nie. Zakładam, że się odnajdzie. Jeżeli tak- to ma zajęcie na długie lata, bo remontować jest trudniej niż budować.

Moja mama uważa, że – nie ma najmniejszego problemu. Dzieciństwo, to dzieciństwo. Kończy się. Cyk. Zaczyna się dorosłość. I to w ogóle nie jest powiązane- jedno z drugim. A jak ktoś ma problem- niech idzie do psychologa (ponieważ wie, że ja chodzę). Psycholog mu wytłumaczy i będzie spokój. Całe życie prześladuje mnie wrażenie, że ci, którym psycholog najbardziej byłby potrzebny, jakoś dziwnie, nigdy do niego nie trafiają!

Młodość to najtrudniejszy okres dla jąkały. Czy jest sens się uczyć? Co ja będę robił? Gdzie będę pracował? Jak? Rozedrgane emocje. Czarnowidztwo. Dziś- kiedy przypominam sobie swoje zachowania z tamtego okresu, nie wierzę, że to też byłam ja. A to przecież – byłam ja.

Moment pójścia do pracy wiele zmienia. Na lepsze. Jestem pewna, że na lepsze. Musi się i już. Uważam, że w pracy funkcjonowałam lepiej niż w szkole.

Kobiety chętnie rzucają się w macierzyństwo. Sądzę tak po sobie. Będę najlepszą mamą! W świecie zewnętrznym jest trudno, z dzieckiem będzie łatwo. Tu się sprawdzę. Tu się zrealizuję.

Potem- na dwadzieścia lat- straciłam jąkanie z oczu. Zepchnęłam do podświadomości. Ono było, ale ja się nim nie zajmowałam. Dlaczego? Bo jak ma się dzieci, pracę, psa to już nie tylko czasu brakuje, ale i siły. O! Jedno zdanie, a dwadzieścia lat minęło jak w amoku. Jak w transie. Jak jeden dzień.

Cztery lata temu pojechałam na Zjazd Jąkających się do Warszawy. Przyjechałam rozbita. Jąkanie!  Kurczę, zapomniałam! Teraz wróciło ze zdwojoną siłą.  Nie jąkanie, tylko świadomość jego. Dziesiątki emocji. Zdziwienie. Jąkając się przecież całe życie, długo nie miałam czasu przeżywać tego. A ono tak we mnie siedzi! Tyle tam, tego  jest. Tyle uczuć. Taki kocioł. Co z „tym” teraz zrobić? Po co ja pojechałam do tej Warszawy! Co dalej? Zmierzyć się ze sobą, czy zamknąć temat z powrotem? Nie wracać, nie rozgrzebywać, unikać, przykryć, przygładzić, dożyć do końca.

Mijały miesiące. Wymyśliłam tak: „Ja znowu tak bardzo się nie jąkam. Jąkam się tylko wtedy i wtedy, i jeszcze wtedy, no… i może jeszcze wtedy. Może czasem  jeszcze…. Jadę na terapię! A potem to już tylko- Klub Ludzi Wyleczonych z Jąkania (Ilu tam jest członków? Jeden? To ja będę druga!). Tak mało mi już brakuje do końca, do sukcesu! Jeszcze jedna terapia. Jedna! I znienawidzone jąkanie rozbije się jak bańka mydlana. Zostanie zadeptane.

Pojechałam do Katowic. Wystarczyło mi jednak parę godzin przysłuchiwania się specjalistom, żeby dokładnie zmienić zdanie.

Dobra. Może raczej – jąkanie bardziej płynne. Brzmi gorzej, ale chyba jest bardziej logiczne. Na pewno nie jest łatwiejsze!

Zastanowił mnie kontakt z terapeutami, którzy przyznają się do jąkania. Po pierwsze życzę każdemu, żeby jąkał się tak jak oni. Po drugie wiem, że nie samo jąkanie jest problemem, tylko strach, niepokój, wstyd- to są napędy jąkania.

Kolejny raz  Katowice. Inni organizatorzy, inna konferencja. Boże! Czyli, że można inaczej! Można inaczej traktować terapię. Można inaczej traktować człowieka, który się jąka. Można współpracować, a nie ładować łopatą do głowy.

Najgorsze w jąkaniu jest to, że my jąkamy się czasami. Ale to „czasami” hamuje całą resztę. Jak ktoś nie ma nogi- to zawsze jej nie ma. Jak ktoś nie mówi- to nigdy nie mówi. Jak nie widzi-  nie widzi nic. Nie słyszy- to nie słyszy.

Jak ktoś się jąka- to ciągle tęskni za tym sobą niejąkającym. Przecież takiego siebie też zna. Takiego siebie woli! Tylko takiego siebie lubi. Zawsze i każdemu chce pokazać swoją płynną- lepszą stronę. Tą gorszą- niestety widoczną- stara się ukryć. Może się uda i jąkanie nie wyjdzie z ukrycia. Może akurat, tym razem, się uda… Jąkanie jawi się jako coś na co nie ma się wpływu. Ja tego nie kontroluję. To mnie trzyma za gardło. Nie panuję nad tym. Psuje mi efekt. Psuje mi wizerunek. Pomniejsza moją wartość.

” Twoje jąkanie cię nie rani. Twoja płynność nie pomaga ci.”

„Nie ma się czego wstydzić, kiedy się jąkasz i nie ma z czego być dumnym, kiedy mówisz płynnie.”

Bardzo trudne. Ale posiąść TĄ tajemnicę, to byłoby COŚ!

 

 

Przecież ty się wcale nie jąkasz!

Często to słyszymy, prawda? Wiele ludzi nawet nie wie, że się jąkamy.

Ale my wiemy! Mamy świadomość, wspomnienia, obawy. Teraźniejszość- przeszłość- przyszłość.

Jąkanie jest przy mnie zawsze. Trzyma mnie za rękę. Czasami odsunie się na chwilę, ale tylko na bezpieczną odległość. Zawsze przebywa w zasięgu mojego wzroku. Widzę go oczami duszy. Chyba można to sklasyfikować jako natręctwo. Z drugiej strony – odruch warunkowy- telefon, przedstawianie się, zamówienie w restauracji. Skoro jąkałam się na tym 2000 razy, najpewniej będzie tak i za razem 2001.

Przykre w jąkaniu jest to, że ono ciągle się czai. Jestem normalna- ale. Jestem wykształcona- ale. Mam świetną dykcję- ale. Wszystko mogę- ale. Jąkanie to nie zbrodnia- ale. Wiecznie na hamowaniu….. „Chciałoby się wielkich rzeczy!”- a tu jąkanie skrzeczy. Przy czym te „wielkie rzeczy”, WIELKIE są tylko dla mnie. Dla reszty świata to „bułka z masłem”.

„Przecież ty się wcale nie jąkasz!”. Owszem, jak mówię byle co, to nie. Jeśli akurat mam dobry dzień, to nie. Jeśli wejdę w rolę, to nie. Jeśli rozmawiam z niektórymi ludźmi, to rzeczywiście- wcale. Jeżeli uda mi się dobrze wystartować i utrzymać koncentrację. Jeżeli naprawdę muszę i od tego zależy moje „być, albo nie być”. Jeżeli sytuacja kojarzy mi się z płynną mową. Jeśli mi się uda!

Słowo „do widzenia” wymyślono chyba na nieszczęście jąkałów. „Dzień dobry” to co innego. Do „dzień dobry” szuka się wzroku, przy „dzień dobry” jest uwaga. „Dzień dobry” wszystko zaczyna. Chyba, że jest to „dzień dobry” do ulubionej dyrektorki, która- spotkana-  unika wzroku, lub zamierzenie patrzy w bliżej nieokreśloną przestrzeń- to „dzień dobry” łatwe nie jest. No i telefoniczne „dzień dobry”. Ale to się nie liczy, bo to jest porażka z definicji.

Natomiast „do widzenia” często nie wymusza kontaktu wzrokowego. Już wszystko jest załatwione. Co miało zostać powiedziane- zostało powiedziane. Jeszcze tylko zwyczajowe „do widzenia”. Takie nic. Taki banał. Czy ktoś niejąkający się zastanawiał się kiedykolwiek nad „do widzenia”! Ja mam z tym „zabawę” parę razy dziennie. „Do widzenia” przed ubraniem płaszcza, czy po ubraniu płaszcza. Najlepiej, jak uda się dokleić do ostatniego zdania. Można dodać ruch- może rozmówca podniesie wzrok. Ociąganie się – w sensie czekanie na dobry moment – na zakończenie się jąkania w środku, z nadzieją, że nie wydostanie się ono na zewnątrz, ma tą złą stronę, że robi się wyczekująca cisza i prawdopodobieństwo, że jąkanie jednak wkroczy do akcji, niebezpiecznie wzrasta. W gorszych sytuacjach „do widzenia” mówi się równocześnie z zamykaniem drzwi. W beznadziejnych, po zamknięciu tychże, bo właśnie wtedy blok puścił i udało się- sobie powiedzieć.

Moje najgorsze niewypowiedziane „do widzenia”. Dawno temu, w jednej szkole. Dziewczyna wypożyczyła książki. Wzięła z lady powiedziała „do widzenia”, równocześnie- nie czekając aż jej odpowiem-  odwróciła się i zaczęła zmierzać w kierunku drzwi. Zmierzając, czekała na odpowiedź. Naprawdę- chciałam odpowiedzieć- z upływem sekund, rozpaczliwie coraz bardziej chciałam. Nie byłam w stanie. To znaczy- byłabym, ale wtedy jąkałbym się. Chciałam bez jąkania. Co się myśli o kimś, kto nie odpowie „do widzenia”? Wiadomo, co. Dodatkowym niesmakiem jest to, że ta dziewczyna, wróciła do szkoły po urodzeniu dziecka. Nie wszyscy okazywali jej aprobatę. Ciężko przeżyłam to nie powiedziane „do widzenia”. Na pewno gorzej niż ona. Ale ona o tym nie wie….  A jej dziecko jest już pewnie po maturze.

Jak tak piszę, to bardziej rozumiem porównanie jąkania do góry lodowej. Przecież 80% tego jąkania jest w nas.

Kiedyś po hospitacji mówię do koleżanki, która wiedziała i czekała:

– „No i co, i co?”

– „No, chyba dobrze. Nie jąkałam się. Zająknęłam się ze trzy razy”.

– „Aha! No, to posłuchaj teraz, co ty mówisz! Bo ja, na swojej lekcji, zająknęłam się z osiem razy”.

Albo moja bratowa! Często proszę ją, żeby wykonała dla mnie/ za mnie jakiś telefon- zazwyczaj w sprawie pracy, czy jeszcze aktualna. I ona wykonuje. Tymczasem dzwoni do mnie podekscytowana:

– „Ty oprowadzasz po angielsku?”

– „Nie”.

– „To szkoda, bo taki chłopak szuka…….. dałabym ci numer telefonu……”

Jasne! W sprawie pracy- nie ma sprawy- już dzwonię! To moje ulubione zajęcie.

Ja chcę do tej części społeczeństwa, co ma prościej! Chcę do tych, co się nigdy nie zastanawiają nad „do widzenia”!

I sami dzwonią w sprawie pracy.

W psychoterapii jakiś regres. Chyba poszukam logopedy.

Egzamin na przewodnika

Egzamin na przewodnika był trudny. Trwał trzy dni. Składał się z trzech etapów: test, ustna odpowiedź, oprowadzanie.

Pierwszy oblałam już na teście. Pytania były specyficzne- wyszukane, podchwytliwe i drobiazgowe. Ale- jak się poznało system- okazywało się, że można się tego szyfru nauczyć.

Drugi egzamin oblałam dopiero w trzecim dniu. Test napisałam. Dwie odpowiedzi znałam z autopsji. Pamiętałam, że pierwszym pokomunistycznym Prezydentem Krakowa był Jacek Woźniakowski, a plac Bohaterów Getta nazywał się dawniej placem Zgody.

Zastanawiam się jak młodzi ludzie, często nie krakowianie byli w stanie zdawać te egzaminy. Uczyli się i się nauczyli. Ale ja poznam przewodnika nie- tubylca. Po szczególe- topograficznym, językowym. Po emocjach- „mała ojczyzna”, „kraj lat dziecinnych”- to jest moja baza. Ale nie umniejszam wartości przewodników napływowych.  Stosuję podział na dobrych i mniej dobrych. Najgorszy przewodnik dla mnie to taki, który mówi: „Ja myślę…” i ooopooowiaaada, co on myśli. A, co to kogo obchodzi, co on myśli! Ja czekam na fakty, ciekawostki, rzadziej anegdoty, a nie na to, co kto myśli.

Ustne odpowiedzi poszły mi rewelacyjnie. Wymarzone tematy i śladu jąkania. Dzień przed egzaminem poszłam na Wawel- może czakram mi pomoże! Ale jeszcze zaglądnęłam na wystawę- Wawel Zaginiony. Cyk- pierwsze pytanie- średniowieczny Wawel. Myślałam też – jakby tak dostać szlak Wyspiańskiego. Marzenie! Proszę bardzo- wyciągam Wyspiańskiego. Trzecie- święta żydowskie. Właśnie – rzutem na taśmę- stwierdziłam, że z tej tematyki chyba święta zatarły mi się w rozumie. Długo potem obawiałam się swojej siły sprawczej…

Na oprowadzaniu jednak padłam. I to w takim pięknym kościele! U Franciszkanów. Ale padłam  normalnie- padła wtedy połowa grupy. Jąkanie było w normie. Zająkiwanie raczej.

Trzecie podejście to był koszmar (test i ustny miałam już zaliczony). Uczyłam się, ale Wawelu nie powtórzyłam. Wawelu nie da się powtórzyć przez  jeden wieczór. Liczyłam, że może pójdziemy gdzie indziej. Może do Rynku, może na Kazimierz. Niestety- kierunek Wawel. Chciałam zawrócić. Ale dałam się powstrzymać. Może jakiś cud? Katedra. Wzgórze. Dziedziniec. No, nie było dobrze. Ludzie opowiadali z detalami – stojąc na dziedzińcu- co jest w komnatach.  Ja tego nie potrafiłam. Zgadnijcie, co się włączyło, kiedy przyszłą moja kolej? Zgadliście! Zaczęłam się jąkać. Jąkałam się tak,  jak potrafię najgorzej. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałam- do wtedy-  że jeszcze tak potrafię. Wyobrażacie to sobie? Komisja, kandydaci i ja. Wszyscy w ciężkim szoku. Chyba w końcu dałam spokój. Powiedziałam, że nie wiem. Naprawdę nie wiedziałam. A! Jeszcze kazali mi pokazać historyczne wejście do komnat. Trafiłam za trzecim razem (są trzy!). Wstyd- już nawet nie tylko z powodu jąkania. Ogólnie- koszmar!

Z Wawelu doszliśmy do kościoła św. Katarzyny. To akurat umiałam. Więc, kiedy inni zaczęli wątpić w swoje możliwości, zapytałam czy mogę ja. Dostałam pozwolenie, choć  byłam już po egzaminie. Dla mnie był już niezdany. Chciałam zatrzeć złe wrażenie. Poczułam siłę. Chciałam pokazać, że coś jednak umiem. Również to, że potrafię się nie jąkać. Pięknie wtedy powiedziałam. Nawet rozśmieszyłam komisję, co było niewątpliwym osiągnięciem, w tak dramatycznych okolicznościach.

Komisja – same panie- prosiła każdego i omawiała na osobności. Przewodnicząca powiedziała do mnie tak: ” A z panią, to my mamy kłopot. To jest egzamin państwowy, dostaje pani licencję, a my bierzemy za to odpowiedzialność. Nie może się pani tak jąkać. Ale- jak pani umie (mina!) to się pani nie jąka. Jąka się pani, jak panie nie umie (mina!). No, niech pani coś z tym zrobi.”

Ludzkie, co nie! Uważam, że komisja zachowała się bardzo poprawnie. Ten wpis to jest hołd dla Tamtej Komisji. „Tamta Komisja” pewnie nigdy tu nie zaglądnie, bo jąkanie to dla niej kosmos. Tym bardziej jestem jej wdzięczna, że tak – po ludzku- zareagowała. Przecież mogły powiedzieć- jąkanie uniemożliwia zdanie takiego egzaminu. Myślę, że mogły tak powiedzieć- ale nie powiedziały.

Czwarty egzamin też zdawałam na Wawelu. Ale już się nauczyłam. Miałam też szczęście- dobrze zaczęłam. Zostałam wyrwana jako pierwsza- a to jest duża przewaga. Później czułam jakoś przychylność komisji. Mówiłam nie najgorzej. Zastosowałam też trick psychologiczny. Na koszuli pod swetrem przypięłam sobie agrafką kartkę z napisem:  swoje imię i nazwisko, i wymarzony tytuł. Chciałam wejść w rolę. Żeby przypadkiem nie włączyła mi się rola, którą zawsze mam na podorędziu. Znienawidzona rola jąkały- biednej, innej, dziwnej, nienormalnej. Dziś myślę, że to podziałało. Że to miało sens.

Po egzaminie pani powiedziała do mnie tak (one się nieco wymieniały, ale większość mnie już znała, po trzech razach): ” Pani zdała egzamin. Jąkanie występuje, ale ja panią słyszałam wielokrotnie i wiem, że potrafi pani też mówić  bez jąkania”.

Ludzkie, co nie? One naprawdę mogły zareagować różnie. Mogły, mogły!  Mogły mi uniemożliwić zdanie tego – akurat- egzaminu. Uważam, że te kobiety zachowały się  bardzo w porządku.

Bo, w stosunku do jąkałów, można się zachowywać różnie! Na konferencji pod hasłem „Świat, który rozumie jąkanie” (Katowice 2013) uczestników przywitał ksiądz- Rektor wydziału. Prelegenci – niby żartem- zaprosili go do uczestnictwa, na co Rektor odpowiedział, mniej – więcej tak: „A, nie! Jąkanie to nie! Ksiądz nie może się jąkać. To nie jest zgodne z prawem kanonicznym”. Ja nie wiem co jest zgodne z prawem kanonicznym, czy kanoniczym, ale odebrałam to „powitanie” bardzo źle. Mógł równie dobrze,  powiedzieć- „Wy się tu jąkajcie, albo się nie jąkajcie, ale nie zawracajcie mi głowy. To są jakieś fanaberie, marginalne sprawy. Wy się tu bawcie, albo się leczcie, a ja wracam do ludzi normalnych. Do głównego nurtu społeczeństwa”. – Na jedno by wyszło.

Po zdanym egzaminie szłam ulicą Grodzką i śmiałam się, i płakałam ze szczęścia.  Myślałam wtedy- Zdałam TAKI egzamin! Jestem przewodnikiem. Teraz mogę wszystko! Od dzisiaj jąkanie straciło moc. Na pamiątkę kupiłam sobie złotą bransoletkę.

No, „wszystko mogłam” przez tydzień. Potem WSZYSTKO wróciło do normy. A jąkanie- jak wiadomo- moc czasem traci, a czasem jej nabiera.

Zgadzam się z Lucynką Jankowską- Szafarska, że nasz mózg zawsze jest gotowy na jąkanie. Najgorsza na angielskim- cyk- jest jąkanie na zawołanie.

Zgadzam się z Mileną Mrozowską- która przedstawiła w Lublinie terapię Schwartza- i ten Schwartz nie mami, że jak się już przestaniemy jąkać, to będzie pełnia szczęścia. Minie trochę czasu i mózg przypomni sobie, że czegoś mu tu jakby brakuje…

Można się przestać jąkać. Można się nie jąkać tygodniami. Można na tej fali robić rzeczy nieprawdopodobne- ja kiedyś zadzwoniłam do biura podróży i zapytałam czy nie potrzebują przewodnika. Niewątpliwie byłam na jakiejś euforycznej fali, bo dziś nie wyobrażam sobie jak  tego dokonałam. Jak mi to w ogóle przyszło do głowy! Ale ja ten telefon wykonałam bez zająknięcia. I chwytając za słuchawkę, wiedziałam, że tak będzie.

Tak, że można się nie jąkać. Ale to nie jest tak, że jąkanie jak raz odejdzie, to nigdy nie wróci. Może nie wróci. A może wróci. I też trzeba będzie żyć. Często dodatkowo z długami…

 

Na koniec anegdota.

Idę kiedyś na Wawel. Obok pnie się zmęczona wycieczka. Z góry schodzi kobieta należąca do tej grupy.

– „Jest tam co ciekawego?”- pada pytanie ze strony podążających na zamek.

– „Ciekawego- nic. Same mury.”

 

Wawel to nie są same mury. To jest dużo więcej. A Jąkała to nie jest samo jąkanie. To jest dużo więcej.

 

Wykład

Jak wygląda wykład jąkały? Normalnie. Tylko z jąkaniem. Jak mniej się jąkam- bardziej się cieszę. I odwrotnie. Nie wiem tylko, czy obiektywnie to oceniam. Pewnie nie. Wczoraj- mam wrażenie, że jąkałam się bardziej. Nie chciało mi się taszczyć laptopa- pierwszy stres. (Państwowy laptop przy drugim slajdzie się „aktualizował”). Ponieważ nie chciało mi się mówić samej do siebie- ale tak na poważnie- z zegarkiem w ręku, popłynęłam z czasem. Zamiast 60 min mówiłam prawie 90. Było mi głupio- co to za prelegent, który nie panuje nad sytuacją. Mimo, że bardzo dużo się uczę- nie mam sformułowanych gotowych zdań i to mnie chyba gubi.

Czego się boję najbardziej? Żeby ludzie- a przychodzą ci sami- nie zaczęli odczuwać dyskomfortu, z powodu mojego dyskomfortu – z powodu jąkania. Żebym tego napięcia- tego wstydu- nie przełożyła na nich. Jak poczują, że ja się męczę- udzieli im się to. Oni też zaczną się męczyć. I przestaną przychodzić.

Wczoraj pomyślałam, że przydałby mi się  echokorektor do ucha. Taka protezka. Mnie- najlepiej słucha się prelegentów, którzy mają  luz, płynność i spokój. Skoro nie mam płynności, przydałby się chociaż luz i spokój!

Zawsze moich słuchaczy przepraszam, na początku, za ewentualną niepłynność- wręcz używam słowa „jąkanie”- i proszę o wyrozumiałość. Ale już nie będę. Już mnie znają. Nie można ciągle przepraszać za to samo.

Już mnie znają. Właśnie! Czy nie dlatego jąkam się do nich, jakby bardziej? Czy nie łatwiej jest mówić do nieznajomych? Do takich, którzy jeszcze nie poznali tajemnicy?

Blog roku- udział w konkursie

Powiem tak:

29 głosów- obiektywnie szału nie ma ALE ja patrzę na to subiektywnie. Blog żyje osiem miesięcy. Tematyka jest niszowa. W tej niszy jest druga nisza- nie każdy jąkający się, nie każdy logopeda, nie każdy rodzic- będzie myślał tak jak ja. Do tego wystartowałam z opóźnieniem. Można powiedzieć- w ostatniej chwili, czyli za późno. Poza tym zdaję sobie sprawę, że szata i wizualna strona mojego bloga jest siermiężna. Przyciąga tylko osoby naprawdę zainteresowane. I ostatnie- ja też się niespecjalnie angażuję w społeczne działania. Ile razy w życiu ja na coś głosowałam? Ze cztery? Zawsze na chore serca w przedwigilijnej atmosferze.

Szanowni Państwo!

Kochani!

Dziękuję za głosy! Dziękuję za komentarze! Specjalne podziękowania kieruję do Pani dr Katarzyny Węsierskiej, która wykazała wyjątkowe zainteresowanie moim blogiem. Panią Doktor uważam za wyjątkową osobę w polskiej logopedii- wykształconą, światową, pełną energii, wierzącą w sens swojej pracy, wierzącą w nas- jąkałów, w nasze możliwości, w naszą pełną przynależność do normalnego społeczeństwa. Zawsze uważałam, że naukowcy i terapeuci powinni jąkałom torować drogę. Stoi za Wami autorytet- tytuły naukowe, instytucje, organizacje. Ja to dobrze wiem, że człowiek głównie zajmuje się swoją pracą, swoim domem, swoim pożytkiem, swoimi finansami. Jeżeli ktoś robi dużo ponad to – to jest wyjątkowym człowiekiem. Pani dr Katarzyna Węsierska jest Wyjątkowym Człowiekiem. Tacy ludzie popychają świat do przodu. Świat jąkałów bardzo czeka na to popchnięcie- na mądre zainteresowanie i przecieranie szlaków.

Dziękuję redakcjom wortalu http://www.demostenes.eu i internetowego serwisu pedagogicznego http://www.reedukacja.pl za umieszczenie bloga na swoich stronach.

Dziękuję również Kamilowi Kupcowi, który założył mojego bloga, posiada do niego hasło i- jak ma czas- to czasami się nim – od strony technicznej – zaopiekuje.

Jeżeli chodzi o komentarze, to staram się reagować na wszystkie, bo bardzo mnie cieszą. Dla osób mniej obeznanych w sprawach komputerowych – komentarz najpierw trafia na moją pocztę elektroniczną. Ja muszę go zaakceptować, żeby ukazał się na blogu.

W chwili wystartowania – czyli przez pół roku było 1500 wejść. Dzisiaj- po trzech tygodniach konkursu-  jest ich 3200.

I to jest najlepszy komentarz.

Blog będę kontynuować. Przyświeca mi jednak hasło; „Myśl dużo, mów mało, pisz jeszcze mniej.”

Pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie!

Proszę Was, nie piszcie do mnie- Pani. Piszcie do mnie – Ty. Tak będzie łatwiej. Bardzo proszę!

Nie odkrywaj się!

Niejąkający się znajomi załamują nade mną ręce. Dlaczego wypisuję tak osobiste rzeczy! Odkrywam się! Uświadamiam czytelnikowi, że jąkanie to mój ogromny problem. Że cierpię, że mnie to ogranicza. A jeśli to przeczyta potencjalny pracodawca?! Przecież szukam pracy! Kto przyjmie takiego frustrata! Kto zatrudni człowieka z problemem- jeszcze opisanym na dziesiątą stronę!

Moja długoletnia koleżanka Ola, która wydawałoby się, zna mnie bardzo dobrze- po przeczytaniu  przyznała, że nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji- że aż tak to wszystko przeżywam.

Byłam zdziwiona. Żartujesz, Ola!

To nie jest blog dla ludzi płynnie mówiących. Oni mają do rozwiązania wyłącznie życiowe problemy- jedni mniejsze, drudzy większe. My mamy do rozwiązania najpierw jąkanie, a dopiero w drugiej kolejności życiowe problemy- jedni mniejsze, drudzy większe.

Chociaż nie! To właśnie jest blog dla ludzi płynnie mówiących, bo ma za zadanie uświadomić reszcie świata (ta „reszta” to 99% ludzkości), że jąkała to nie znaczy człowiek nienormalny. Każdy  chce się dobrze prezentować. Chce być dobrze postrzegany. Szanowany. Chce robić dobre wrażenie (zwłaszcza pierwsze!). Jąkała to też jest każdy! Mamy te same kryteria społeczne. Te same oczekiwania od życia. Takie same marzenia. Tego samego się wstydzimy i z podobnych powodów bywamy dumni.

Jeżeli ktoś uważa, że jąkanie nie powinno właściciela boleć, to – sorry- ale jest to oczekiwanie nierealne. Pewnie gdybym była nienormalna- nie bolałoby. Ale ja jestem normalna. I – boli.

Czasami wyobrażałam sobie moją dyrektorkę w roli jąkały. Czy też tak dużo mówiłaby? Dalej byłaby z siebie taka dumna? Pewna siebie? Czy w ogóle byłaby dyrektorką? A złotouści posłowie, prezesi banków i wszystkie ważne persony na reprezentacyjnych stanowiskach?  Niech każdy płynnie mówiący zastanowi się chwilę, czy gdyby się jąkał- byłby tym, kim jest? I tu, gdzie jest?  Czy miałby taki sam charakter? Taką samą siłę przebicia? To samo stanowisko? (Czy to jest dobra wizytówka dla firmy? Jąka się, to pewnie nerwowy.) Tego samego męża? (Dajże spokój, Synu, mało to masz normalnych kobiet?)

No, nie wiem.

A my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Musimy być tym, kim jesteśmy. Inni nie będziemy. Całkiem się nie naprawimy.

Miarą sukcesu człowieka jest to, z jakiego miejsca wystartował i jakie przeszkody miał do pokonania.

Nas jąkanie ściągnęło grubo pod zwykły poziom startowy. O codziennych przeszkodach nie wspomnę.

Więc, wszystkie frustracje z powodu jąkania, świadczą właśnie o mojej normalności. Jeżeli potencjalny pracodawca tego nie zrozumie, nie doceni mojej niewątpliwej siły, a ja przecież nie pcham się tam, gdzie przypuszczam, że sobie nie poradzę, to ja – bardzo chętnie- nie chcę mieć takiego pracodawcy. Bardzo chętnie- z góry dziękuję.