Bezpłatne konsultacje

Dla przeciętnego użytkownika internetu Mikołów i Warszawa jest Ziemią Obiecaną dla CHORYCH na jąkanie. Wszyscy wiemy o co chodzi. Opinie- od optymizmu do sceptycyzmu. Każdy wszak ma prawo istnieć. Forsować swoje racje. A „primum not nocere” obowiązuje tylko lekarzy. Jest jeszcze magiczna siła napędowa- pieniądze. Duże pieniądze!

Nasz kolega Grzesiek, poświęcił się wczoraj. Wziął 200 zł i -zapisując się uprzednio- poszedł na „bezpłatne konsultacje”. Zdał mi relację. Przyszło trzech kandydatów do leczenia. Dziecko z mamą, młoda dziewczyna z mamą i osiemnastolatek z rodzicami. I Grzesiek. Mówił tylko Grzesiek. Reszta była przerażona. To byli ludzie z odległych miejsc- Kielce, Zakopane, Tarnów. Zagubieni w życiu, zagubieni w mieście. Czy bogaci- nie wiem, ale matka sprzeda duszę diabłu- to wiem, jeśli tylko uwierzy, że może pomóc swojemu dziecku.

Techniki sprzedaży, techniki wywierania wpływu. Nie znam się na tym, ale przecież – jak każdy- z niektórych rzeczy zdaję sobie sprawę. Ja też chciałam być obecna na wczorajszym spotkaniu, zobaczyć ten charyzmatyczny duet (był tylko psycholog, neurologopedy nie było), ale w końcu nie dotarłam. Jeśli jednak ktoś jest zdeterminowany… najpierw widzi- konsultacje, czyli zostanę wysłuchana, później nie może się dodzwonić- trudno zdobyć. Ochota wzrasta… Jest! 200 zł. Płatne? Cóż, widocznie wartościowe. Wcześniej informacja- ilość miejsc ograniczona, później,  owszem- jest  jedno miejsce. Ostatnie. Ależ miałam szczęście! Ostatnie wolne miejsce! Czekało właśnie na mnie!

Z tym, że musi być odpowiedni klient. Podatny. Mój tata kupił kiedyś na prezentacji komplet (szczerze mówiąc dwa) pościeli z wielbłądziej wełny, bo nie może spać, a powiedzieli mu, że pod tą kołdrą będzie mógł. Nie powiem, ciepła. Służy mi już parę lat. Tylko, że  tydzień potem identyczna pościel  w „Biedronce”, kosztowała trzydzieści razy mniej.

Rzuciłam okiem na stronę Skuteczna terapia jąkania: linki, warto przeczytać, zapis rozmowy Witolda Pobiedzińskiego z panią Ewą z roku 2006. Mnie interesuje język- znaczenie słów (semantyka), semiotyka, czyli znak- kod- kultura. Czytasz: taniec, a co widzisz? Ja flamenco i czerwoną suknię z falbanami, a Ty? Interesują mnie skojarzenia, gra obrazów, które każdy ma w głowie,  marzeń, potrzeb. Komunikacja nie odbywa się  na poziomie słów. Przeczytałam wywiad z ciekawością. Owszem, robi wrażenie. Kieruje myślenie na odpowiednie tory.

Praca, brak awansu, brak sukcesu, niezadowolenie, wycofanie, ocena, krzywda:

„W pracy jąkający nie zabierają głosu, nie awansują, mają opinię milczków i osób niezaradnych”. „Czasem ludzie ci tygodniami nie wychodzą z domu”. ” Większość osób jąkających nie odnosi sukcesów zawodowych. Ludzie ci czują niezadowolenie z siebie, zamykają się w sobie i wycofują z kontaktów z innymi i ze światem. Najczęściej pracują z komputerem, ponieważ wiedzą, że przed tym urządzeniem nie muszą niczego ukrywać, komputer ich nie oceni i nie skrzywdzi”. („Ludzie ci”- odwrócona składnia- ci- tamci- inni- obcy-  ktoś zupełnie spoza).

Choroba, lekarstwa, depresja, oddział psychiatryczny.

„Jąkanie nie leczone prowadzi do zmian osobowościowych, „odkłada się” w jąkających w postaci różnych schorzeń psychicznych, emocjonalnych i wegetatywnych. Ludzie, którzy trafiają do mnie na terapię, korzystali nieraz przez wiele lat z pomocy farmakologicznej, zażywali leki przeciwdepresyjne czy przeciwlękowe; byli pacjentami oddziałów psychiatrycznych”. (No, to już  lekka przesada jest! Odsetek jąkających się pacjentów szpitali psychiatrycznych jest pewnie zbliżony do odsetka leczących się tam terapeutów. To dopiero jest choroba- wyjątkowo-„demokratyczna”.)

Nieszczęście zostaw z tyłu! Dołącz do lepszych.

„Jąkanie jest „demokratycznym” zaburzeniem, chorują na nie dzieci, młodzież, studenci i osoby dorosłe, biznesmeni, policjanci, urzędnicy, wykładowcy, osoby zakonne i duchowne, prawnicy, aktorzy, artyści, lekarze, jak również przedstawiciele wielu innych zawodów”. (Znaczy, nie tak całkiem się wycofali. Oraz nie wszyscy trafili do oddziałów psychiatrycznych.)

Jąkanie to: choroba, autoagresja. Płynna mowa to: satysfakcja, zadowolenie z siebie, poczucie atrakcyjności. Można „przenosić góry”, „odczuwać radość ze spokojnego, pięknego mówienia”, mieć poczucie dumy „postawa Napoleona”. Terapia to „robota jubilerska”, szlifowanie mowy.

Szlifowanie: diament- piękny, nieosiągalny, cenny, wartościowy, ciężko zdobyć, można stracić, symbol bogactwa, powagi… „Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, wiekuistego zwycięstwa zaranie”- Norwid.

Wiara, błogosławieństwo, cud, dogmat o nieomylności papieża, tajemnica, obietnica, nagroda.

„Witam pielgrzymkę z Polski, logopedę Ewę Galewską z grupą wyleczonych z jąkania oraz ich rodziny. Przybyli oni z podziękowaniem za otrzymane łaski i są świadectwem tego, że jąkanie można wyleczyć”-Jan Paweł II.

Wizja życia bez jąkania jest atrakcyjna. „Życia, w którym można by być takim jakim chciałoby się być”. „Wystarczy tylko chcieć”. Tylko przekroczyć granicę…

I żyli długo i szczęśliwie. I ja tam byłem, miód i wino piłem…

Co by nie mówić- zazdroszczę uleczonym. Nigdy ich nie spotkałam, ale to na pewno dlatego, że wraz z Nową Mową dostali Nowe Życie i nie kolegują się już z jąkałami.

http://www.jakanie.waw.pl/artykuly/terapia_jakania_metoda_Arutiunian

Ale, jak to jest? Wykładowcy źle uczą, podręczniki kłamią, cały świat się myli? Tylko jedna pani profesor, nie?  Co takiego jest w tej idei, że u nas się ją sprzedaje, a poza byłą żelazną kurtyną nie dopuszcza do obiegu.

Na studiach zakupiłam echokorektor w Dzierżoniowie. Pewnego dnia chciałam zaprezentować koleżance, że z tym urządzeniem nie da się jąkać. Ku mojemu tragicznemu zaskoczeniu- dało się. Osłupiałam. To koniec. Kolejna bańka prysła. Dalej będę sobą. Agata obserwowała moje rozczarowanie. Ona się nie jąkała, ale może też marzyła czasem, żeby być kimś innym. If J were a rich man, na przykład.

I tak stałyśmy i patrzyłyśmy na siebie. Ja z słuchawkami na uszach i bezgranicznym  zawodem na twarzy.  Agata próbująca zrozumieć, co się właściwie wydarzyło.

– „Chciałabyś błyszczeć?”- powiedziała w końcu. I dodała-  „Ja też!”

 

 

 

 

„Bunt ciała”

Przedstawiam książkę Alice Miller „Bunt ciała”, którą cytuję.

„Głównym tematem wszystkich moich książek jest zaprzeczenie prawdzie o cierpieniu naszego dzieciństwa”.

„Ta książka jest o konsekwencjach, jakie ma dla naszego ciała zapieranie się autentycznych, silnych emocji. Żądają od nas tego między innymi również moralność i religia”.

„Jeżeli człowiek wmawia sobie, że czuje to, co czuć powinien i stara się usilnie nie czuć tego, co uważa za niestosowne, zaczyna chorować, chyba że każe za to płacić swoim dzieciom, wykorzystując je do projekcji własnych tłumionych emocji”.

„Ludzie, którzy byli maltretowani (myślę, że chodzi o każdą przemoc, bo jednak nie wychowywano nas w obozach koncentracyjnych- DG) często przez całe życie czekają na to, że w końcu zostaną obdarzeni miłością, której dotychczas nie doświadczyli. Te oczekiwania umacniają ich przywiązanie do rodziców, które w religii określane jest jako miłość i uznawane za cnotę. Taką postawę przyjmuje również większość terapeutów, ponieważ pozostają oni wierni nakazom tradycyjnej moralności. Koszty tej moralności ponosi jednak ciało”.

Jak Boga kocham- ona pisze o mnie!

Odwieczne argumenty mojego ojca:

„Co ojciec powie to jest święte.”, czwarte przykazanie: „Szanuj matkę i ojca swego, abyś długo żył i dobrze Ci się powodziło.”, i parafrazowane:
„Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów, a kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził. Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany. Kto szanuje ojca, długo żyć będzie, a kto posłuszny jest Panu, da wytchnienie swej matce: Synu, wspomagaj swego ojca w starości, nie zasmucaj go w jego życiu. A jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość…”(Syr 3,2-6.12-14)

Że też, kurczę, zawsze jakoś umyka: ” Ojcowie, nie rozdrażniajcie waszych dzieci, aby nie traciły ducha.”(Kol 3,12-21)

Jeżeli jąkanie to bunt ciała, to by się zgadzało. Nigdy do ojca nie byłam w stanie nic powiedzieć bez jąkania. Bloki przed ojcem były na najwyższym poziomie. Teraz mówię, ale teraz odgradzają mnie od mojego taty kosmiczne przestrzenie.

„Kiedy dziecko przychodzi na świat, potrzebuje miłości rodziców, to znaczy uwagi, opieki, życzliwości, pielęgnacji i bliskiego kontaktu”.

Ja z tej układanki miałam opiekę i pielęgnację. To nawet mniej niż 50% z ilości potrzebnej do szczęścia.

„Im mniej dziecko otrzymało miłości, im bardziej było odrzucane i maltretowane pod pozorem wychowania, tym bardziej człowiek dorosły przywiązany jest do rodziców i osób, na które przeniósł swoje oczekiwania (wypisz- wymaluj mój brat- DG), w nadziei, że kiedyś wreszcie zostaną spełnione. Jest to normalna reakcja ciała. Ono wie, czego mu brakuje, nie może o tym zapomnieć i czeka, aż ta luka zostanie wypełniona.

Im człowiek jest starszy, tym trudniej mu otrzymać od innych ludzi miłość, której kiedyś odmówili mu rodzice. Jego oczekiwania jednak w żadnym razie nie maleją. Przenosi je jedynie na relacje z innymi ludźmi (…). Jeżeli przestaniemy zapierać się własnych uczuć i je tłumić, spróbujemy uświadomić sobie jakie naprawdę było nasze dzieciństwo, będziemy w stanie sami zadbać o swoje potrzeby, na których zaspokojenie czekamy od urodzenia (…)”.

To tyle, żeby nie przegadać. Ja- jako domorosły psycholog- jestem zachwycona lekturą. Dużo rozumiem, również to, że nie mogłabym być terapeutą od niczego, ponieważ wszystko odnoszę do siebie i wszystko przepuszczam przez bagaż  własnych doświadczeń, a to – raczej- nie jest pomoc.

Sorry, ale nie mogę się oprzeć (luźno cytuję):

Dostojewski- cierpiał na chroniczną bezsenność, przez wiele lat na epilepsję.

Czechow- żył 42 lata, umarł na gruźlicę.

Kafka- jego relacje z ojcem znamy nawet z programu szkolnego ( a, nie! to Schulza znamy! „Sklepy cynamonowe”)- 40 lat, też gruźlica.

Nietzsche- jako dziecko zmagał się z reumatyzmem, silnymi bólami głowy. Podobno chorował do stu razy w ciągu jednego roku szkolnego, w końcu „stracił rozum”, by do końca życia pozostać ślepym na własną prawdę.

Amen.

Alice Miller

Czytam książki- pożyczone od Lucynki- „Dramat udanego dzieciństwa” i „Bunt ciała”. Sprawdziłam w katalogach, autorka jest dostępna w niektórych bibliotekach publicznych.

Ja- jako domorosły psycholog- również uważam, że: „Motorem (naszych) działań są nieuświadomione lęki oraz wyparte uczucia i potrzeby, które dopóki pozostają nieuświadomione i niewyjaśnione, decydują prawie o wszystkim, co ludzie robią lub czego unikają”.

„Doświadczenia dzieciństwa często jednak pozostają ukryte w mroku. Ale tam właśnie odnaleźć możemy klucze do zrozumienia całego późniejszego życia człowieka”.

Obecnie patrzę na swoje życie „z lotu ptaka”. Przeszłam kilka psychoterapii- rozpracowałam wszystkie traumatyczne sytuacje, od cierpienia do obśmiania. Uważam, że miałam masakryczne dzieciństwo, a byłam desperacko wychowywana w pełnej, katolickiej robotniczo- chłopskiej, wielodzietnej rodzinie. Przy czym małżeństwo moich rodziców uważam za dobre- trwa do dzisiaj. Natomiast ich  intuicja wychowawcza była potwierdzeniem przysłowia- „dobrymi chęciami, piekło wybrukowane”. Według mnie są trzy sposoby na nieudane dzieciństwo: terapia, depresja lub nałogi.

Właściwie dlaczego moje dzieciństwo nie było udane? Bo było czasem pustym, zmarnowanym, bo więcej mi zabrano, niż dano. Byłam ja i reszta świata, obijałam się o mur obojętności i niezrozumienia. Niezadowolenia i odtrącenia. Moi rodzice byli niezdobytą twierdzą. Taki Malbork- jak nie wejdziesz podstępem, normalnie nie sforsujesz. Jako dziecko byłam przekonana, że zamieniono mnie w szpitalu. Niemożliwe, żeby będąc z jednej krwi- nie mieć ze sobą nic wspólnego, poza wspólnym zamieszkaniem. Według mnie to prawda, że na atmosferę domu rzutuje ciągłość wydarzeń z przeszłości, historie minionych pokoleń.  Każdy- w takim zbiorze- znajduje sobie  sposób na przetrwanie, coś zamiast. Jakiś erzac. Ja czytam, ojciec się modli, mama gotuje.

Jako domorosły psycholog wiem, że dzieciństwo przenosi się na małżeństwo, wcześniej jeszcze zaprogramowany wybór „drugiej połowy”. I nieszczęście gotowe. Powtórka z rozrywki- można powiedzieć z perspektywy czasu. Na dobicie- poprawka.

Jestem z pokolenia kiedy nie istniało pojęcie bondingu. Dziecko miało być czyste i najedzone. Raczej gęstą butelką. Zajmowanie się dzieckiem znaczyło pranie pieluch i przecieranie zupek. To prawda, łatwo nie było. Może więc na życie nie wystarczało już siły, czasu ani ochoty. Pamiętam proces karmienia piersią przeprowadzany przez moją mamę na najmłodszym bracie. To była czynność medyczno- gospodarcza, uskuteczniana między wydaniem obiadu a zebraniem naczyń ze stołu. Odhaczone. Jedziemy dalej!

Śp. Ciocia chwaliła mamę: „Jaka ty jesteś zorganizowana- trójka dzieci i czyste okna!”. Kiedy – „siedząc” w domu z małymi dziećmi, odwiedzałyśmy się z koleżankami, każda wspominała sterylną czystość własnej matki i totalny, obecny rozgardiasz.

Mama wstawała o czwartej, żeby ugotować obiad. Jak można było komuś tak zajętemu i zmęczonemu powierzać własne pragnienia lub obarczać dziecinnymi (czytaj: nieistotnymi) problemami? Toż trzeba było by nie mieć serca! O szacunku dla MATKI nie wspomnę.

Kontakt z mamą? Dotyk dłoni przy okazji przeprowadzania z przedszkola do domu. Przykładowy dialog:

– „Mamo! Dzisiaj robiliśmy takie wycinanki z papieru kolorowego i ja zrobiłam takiego ładnego …”

– „Chodź do sklepu, musimy kupić chleb.”

– „… takiego ładnego pajacyka, z takim okrągłym kołnierzem pod szyją.”

– „Zastanawiam się, czy nie kupić jeszcze weki.”

Pogadałyśmy!

Przytulanie wyłącznie przy okazji ubierania pantofli lub rajtek. Owszem- często buziak na koniec. Oraz zainteresowanie zupą pomidorową w kontekście mojej skromnej osoby wiszącej nad talerzem: „No, jedz!”

Ponieważ ” to se ne vrati” (po czesku znaczy, „nie opłaca się”- też dobrze), należy- jak głosi pani Miller: „(…) opuścić niewidzialne więzienie naszego dzieciństwa”. „(…) w psychoterapii próbujemy odkryć naszą osobistą prawdę, która zanim ofiaruje nam nową, pełną wolności przestrzeń- przynosi ból”. „Jednak przeżyty świadomie żal z tego powodu, pomoże nam nie ulec iluzji. Rodziców takich, jakich bardzo kiedyś potrzebowaliśmy- empatycznych i otwartych, rozumiejących i zrozumiałych, będących do naszej dyspozycji i przydatnych, przejrzystych, jasnych, wolnych od niepojętych sprzeczności i bez zatrważających masek- takich rodziców nie mieliśmy”.

Dziecko widzi wyraźniej, słyszy głośniej, czuje mocniej. Z rocznego pobytu za granicą, jako młoda osoba, przywiozłam ojcu adidasy. Numer 47. Prosiłam o największe buty w sklepie. Nietypowe. Ojca zapamiętałam jako wszechmocnego, nieprzewidywalnego potwora. Okazało się, że mój tata ma numer buta 42. Dziś patrzę na starszego, niewysokiego mężczyznę.

Kiedyś jechałam do Rytra. Bałam się, że przeoczę stację. Z dzieciństwa pamiętałam wysoką górę z ruinami zamku. Owszem- jest góra, taki- bardziej, pagórek. Zamek też, raczej- zameczek.

Czy jąkanie nie przypomina buntu? „Buntu ciała”? Mówimy dobrze i nagle, co?

To już każdy najlepiej wie sam.

Wie, albo nie wie.

Polecam przemyślenia Alice Miller.

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Dramat udanego dziecka”.

 

 

 

 

 

 

Najwierniejszy towarzysz

Jąkanie- oczywiście! Cóż by innego.

To się nazywa personifikacja. Ja je widzę i czuję. Ma mój kształt- jest gorszą wersją mnie. Ciemną stroną. Znakiem szczególnym. Moje samopoczucie jest zawsze odwrotnie proporcjonalne do jego samopoczucia. Nienawidzimy się! Kiedy bywam szczęśliwa- panuję nad nim. Kiedy okoliczności zewnętrzne stawiają przede mną mur- jąkanie natychmiast skacze mi do gardła. Pierwsza myśl- nie poradzę sobie. Druga- poradziłabym sobie gdybym występowała jednoosobowo, ale ja występuję w duecie, zawsze w parze z jąkaniem. Trzecia- coś jednak należy robić mimo, że towarzysz nie tylko, że nie  pomaga, ale nawet przeszkadza.

Kiedy mam wrażenie, że jestem ja i reszta świata, która, w dodatku, odwróciła się tyłem- nie jestem w stanie pisać bloga. Jąkanie jest wystarczająco dołującym tematem. A ja staram się pisać o jąkaniu obiektywnie. To znaczy- ja-  obiektywnie, nie potrafię. Ale dociera do mnie przecież – co myśli o jąkaniu „przytłaczająca większość”- przytłaczająca przewagą liczebną i łatwością wypowiedzi. Im, ta- codzienna przecież-  aktywność tak banalnie łatwo przychodzi, że w ogóle się nad nią nie zastanawiają. I jeszcze mają czelność być sfrustrowanymi!

Zobrazuję, swoją tezę. Moja śp. Teściowa (którą uwielbiałam!) opowiadała kiedyś mojej mamie, jak to jej teściowa ubolewała nad swoim losem, bo: w poniedziałek musi zrobić pranie, we wtorek ugotować obiad, we środę posprzątać dom, we czwartek poprasować, w piątek zagospodarować ogródek, w sobotę zrobić zakupy, a w niedzielę- zaliczyć kościół i spacer. A my- podsumowała do mojej mamy, moja Teściowa- musimy zrobić to samo, tylko jeszcze- codziennie osiem godzin spędzamy w pracy.

Analogia- chyba jest czytelna. Ja nie mówię, że tego nie da się zrobić, tylko trzeba się sporo nakombinować- obiad kupić, sprawunki załatwić „przy okazji”, a prasować wyłącznie to, co wyraźnie zmięte. Zrobione będzie- prawie, mniej więcej – to samo.

Podobnie rzecz ma się z jąkaniem. Jeśli nie da się zrobić wszystkiego, należy zrobić połowę, lub- obecnie osiągalną część. Ja lubię być przewodnikiem. Ale boję się być przewodnikiem „pełną gębą”. Boję się „zrzeszyć” w stowarzyszeniu przewodnickim, które „gwarantuje najwyższej jakości usługi” oraz- jeszcze wyższą satysfakcję z wyboru członka. Boję się, że ktoś mi kiedyś powie- „pani w ogóle nie powinna tego zawodu wykonywać, psuje nam pani pijar”. A, jak nie powie, to pomyśli. Boję się reakcji- nie uprzedzonej- grupy, bo jąkam się właśnie na początku i, mimo, że wszystkie grupy do tej pory były uprzedzone o „dodatkowej atrakcji”, i – się na nią godziły! To jednak ja czułam ich konsternację- coś- mniej więcej: „Matko! Ta baba tak będzie się męczyć przez dwie godziny?!”. A, jeżeli jakiś klient- nasz pan, będzie miał uczulenie na jąkanie i powie: „Ja za jąkanie nie płaciłem. Tego nie było w umowie!”. Niestety, jestem mało odporna na krytykę.

Ale znalazłam swoją niszę. Cykliczne wykłady, dla chętnych, w domu kultury. Niestety tylko w jednym i chyba głównie dlatego, że pani kierownik kojarzyła mnie z przychodzenia, przez lata, z młodzieżą na konkursy. Kiedy zaczynałam, próbowałam powiedzieć jej o jąkaniu- bez jąkania- i widziałam jej coraz większy niepokój, o co mi właściwie chodzi? Dałam spokój.

Wczoraj miałam swój szósty wykład. Przychodzi ta sama grupa ludzi. Jest to wymagająca publika. Wiedzą, że się jąkam, bo się jąkam. A ja wiem, że oni przychodzą, pomimo tego, że się jąkam, a- co najważniejsze- pracuję na swój własny wizerunek. Jeżeli coś psuję- to wyłącznie sobie.

Te wykłady są dla mnie największym obecnie źródłem satysfakcji. Bo, przecież ja stale muszę sobie udowadniać, że mogę, mimo, że- teoretycznie-  nie mogę. Ponieważ wczorajszego wystąpienia bałam się bardzo, bo niespecjalnie radzę sobie ostatnio, zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby zapobiec nieszczęściu, czyli: przygotowałam się porządnie, przećwiczyłam z koleżanką, skróciłam prezentację, weszłam w moją ulubioną rolę- oczytanego profesjonalisty, założyłam, przynoszącą szczęście, bransoletkę, wysuszyłam głowę, wystroiłam się i poszłam. A! Zrobiłam notatki, żeby nie zamykać oczu podczas mówienia, żeby w razie pustki w rozumie- mieć pomoc, wzięłam swojego laptopa, bo go znam.

Wyszło super! To znaczy- miałam kontakt wzrokowy z ludźmi (no, nie podczas bloków- taka dobra to jeszcze nie jestem!), śledziłam ich żywą reakcję. Miałam- jak zawsze-  fale widocznych bloków, czasami jeden, czasami kilka pod rząd- wtedy czułam strach, ale wiedziałam, że nie mogę go pokazać, bo jak oni zaczną czuć- z mojego powodu- dyskomfort, to więcej mi na wykład nie przyjdą. Była bardzo fajna atmosfera- dosłownie wszyscy braliśmy, w tym co się działo, udział. Współtworzyliśmy razem ten czas.  Coś, przy piątym bloku powiedziałam: „No, jak państwo wiecie co chcę powiedzieć- a przecież wiecie, to kończcie za mnie. Będzie szybciej”. I oni za mnie kończyli! Czasem pojedynczo, czasem chóralnie. A ja mówiłam- taaak. I szłam dalej. Nie było żadnego spięcia. Sztucznych reakcji. Nerwowej ciszy. Wyszłam szczęśliwa!

Wykład zawsze zaczynam tak: staram się wpaść w rytm, oddech, wolno, równo, lekko. Mowa terapeutyczna. Ale mija dziesięć minut i wpadam w emocje i koncentrację na temacie, cały czas pierwsza myśl jest- kiedy zacznę się jąkać- teraz, zaraz, później, a może cud sprawi, że wcale? Można powiedzieć- czekanie na katastrofę i samosprawdzająca się przepowiednia. A potem jest radzenie sobie z blokami- miło, jeśli mniej rozpaczliwe. Taki standard.

Owszem, po zeszłomiesięcznym- w moim odczuciu- nie najlepszym występie, zastanawiałam się, czy frekwencja nie spadnie. Spadła. I – choć jąkanie podpowiada mi: „Widzisz! Jąkałaś się, zniechęcili się i nie przyszli!”. To zdrowy rozsądek mówi: „Może po prostu coś im wypadło”. Wszak ja też, z wielkim hukiem, zapisałam się na gimnastykę i na sześć zajęć, byłam na dwóch.

W filmie „Carte Blanche” coraz mniej widzący nauczyciel, starający się swoją wadę, za wszelką cenę, ukryć, ile razy wzywany jest do dyrektorki, zawsze idzie z duszą na ramieniu, ze teraz nastąpi konfrontacja, że to już koniec, wszyscy wiedzą, dysfunkcja go zgubiła, zostanie zwolniony. I zawsze dyrektorka pyta go, jak on to zrobił, że tak dobrze zrobił! Że go szanuje, podziwia, lubi i prosi o przyjęcie dodatkowych obowiązków.

Ja, swoje wykłady traktuję jako osobistą satysfakcję, oczywiście źródło zarobku, ale też- propagowanie jąkania w społeczeństwie. Jest to również moją motywacją- żeby ludzi oswajać z jąkaniem.

Generalnie- nie potrzebuję innych sportów ekstremalnych. Adrenalinę mam zapewnioną.

A Wy, jak sobie radzicie w pracy?

Jak sobie radzicie! Bo jak sobie nie radzicie, to ja wiem- tak samo dobrze, jak Wy.

inspirujące czwartki - Miasto żydowskie na Kazimierzu(1)