Kiedy przeszłość cię woła- nie odpowiadaj.

Nie da się.

Koleżanka odkłada słuchawkę w czytelni:

– „Eee, nie lubię takich telefonów. Ani się nie przedstawił, ani nic. Nie wiadomo kto to był, co chciał”.

– „No”.

– „Ja zawsze mówiłam swoim dzieciom, jak były małe i odbierały telefony: Jak się ktoś nie przedstawi to w ogóle z nim nie rozmawiajcie, bo to jest ostatni cham. Kompletne chamidło i koniec”.

– „No”.

No! Odwieczna walka: lepiej być chamem, czy jąkałą? Ciężki wybór. Ja – jak się da- nie przedstawiam się i pomijam również drugi ulubiony zwrot- „Dzień dobry”. Cham do kwadratu! Kompletne chamidło i koniec.

Pamiętam czasy, kiedy istniały tylko telefony stacjonarne ( co by nie powiedzieć- komórka od razu cię anonsuje- więc nie musisz czekać aż zostaniesz rozpoznany po ciszy lub po gęganiu: „A, to ty, Danusiu! Poznaje, poznaję”.) i żeby dotrzeć do koleżanki trzeba było przejść przez jej męża, albo mamę. Szczególnie jedna mama mi nie pasowała. A kiedy koleżanka- od tej mamy- zapewne w dobrej wierze- powtórzyła mi współczucie rodzicielki: „Jaka ta Danusia biedna!”- przestałam dzwonić. Mama, którą wspominam-  dawno umarła. Niestety- moja pamięć jest wieczna.

Parę razy zdarzyło mi się (o tyle za dużo) że odłożono słuchawkę podczas mojego „początku”, co ja- zajęta przepychaniem bloku- stwierdzałam dopiero po ponownym nawiązaniu kontaktu ze światem zewnętrznym. CISZA. Wtedy, w zależności od sytuacji, albo dzwoniłam drugi raz i się kłóciłam, albo płakałam.

Dlatego takie wrażenie zrobił na mnie konferencyjny film- kiedy dziewczyna- na polecenie logopedki- bierze słuchawkę i dzwoni. Co, tam inni ludzie są, w tej Holandii? Ona nie ma takich wspomnień? A jeżeli ma, to jakimi czarodziejskimi metodami, pracują tamtejsi terapeuci? Chyba, że Holendrzy to mniej zakompleksiona nacja, nawet jąkały.

Czy w Polsce można się pozbyć logofobii? Nie wiem. Ja się nie pozbyłam, choć uważam, że zrobiłam w tym kierunku dużo. Kontakt z logopedami, psychoterapie grupowe i indywidualne, za pieniądze i bez. Terapeuci polecani, z certyfikatami. Sześćdziesiąt seansów biofeedbacku. Nie obwiniam nikogo. Najbardziej siebie. Widocznie jestem niereformowalna. Może mam coś w mózgu lub za paznokciem ( To szyfr dla tych, którzy znają wykład o związku jąkania z paznokciem- ale to nie jest „to” jąkanie, bo jąkanie z paznokcia, posiadaczowi nie przeszkadza. Mam kolegę, który często wstawia: ” yyyyyy, yyyyyyy, yyyyyyyyyyyy, no………., yyyyyyyyyyyyy, wtedy, wtedy, wtedy…….”.  – „Jezzzzzu! A, mówże!!!”.  Chwilami ciężko się go słucha. Ale jemu i tak jest o niebo lepiej. W sensie- łatwiej. Dla niego to nie jest problem. A takie ględzenie jest społecznie tolerowane. Mówcą to on dla mnie też nie jest, natomiast  telefon odbiera super. Super! Normalnie odbiera, ale dla mnie to jest ” super wyczyn” i „szczególne życiowe osiągnięcie”.) Jakie to jest denerwujące, że coś co potrafi każdy (bez epitetu), totalnie każdy, każdy jeden- to jest akurat ponad MOJE siły i możliwości. Tylko jedno porównanie przychodzi mi do głowy. Dziecko też potrafi spłodzić każdy. Każdy jeden. Najprostsza rzecz na świecie. A niektóry nie może. To również musi budzić frustrację. Zwłaszcza u królowych: „Każda chłopka, bez zastanawiania, urodzi kilku synów, a ja nie mogę ani jednego”. Można by ją pocieszać tak: „Nie przejmujże się! Tylu synów już się urodziło, że bez twoich świat się obejdzie. Dla nikogo, oprócz ciebie, to nie jest problem. I w ogóle- myśl pozytywnie. Bo, co cię nie zabije, to cię wzmocni. Uśmiechnij się. Inni mają gorzej. A gdyby ci został rok życia? Dziecko zostałoby bez matki. Aaaa, widzisz! No! Głowa do góry!

Czuję się przepsychologizowana. Sztandarowe zdanie terapeutów: „Co pani sobie załatwia tym jąkaniem, pani Danuto?”

Może takie  zdanie z ostatniej terapii utkwiło mi najbardziej: „W pani rodzinie każdy był nieszczęśliwy. Pani też musi być nieszczęśliwa. Musi się pani jąkać”.

Ogólnie, terapie mnie znużyły. Pamiętam pana, którego metody doprowadzały mnie do rozpaczy. Konkretniej mówiąc- do śmiechu. Kiedy mówiłam o jakimś uczuciu, on zaraz pytał: „Gdzie pani to czuje? Proszę pokazać, gdzie pani to czuje!” Matko! Co ja się namęczyłam, żeby nie parsknąć  śmiechem. Czasami  przypomni mi się to pytanie: „Gdzie pani to czuje? Gdzie pani to czuje?” Generuje mi się jedna odpowiedź: ” A, w  …”.

Najgorsze- nie najgorsze- najdziwniejsze jest to, że pamiętam okresy znacznej płynności i znacznego zaniku logofobii. Ostatni, całkiem niedawno- rok temu. Wykonywałam takie telefony, że dziś nie wierzę, że to byłam Ja. To byłam jakaś inna Ja. Nie było we mnie strachu, nie było obaw, żalu, wstydu. Było przekonanie, że dam radę i dawałam. Nie byłam na prochach! Nigdy nie byłam na prochach. Zaczynam jednak rozważać taką możliwość. Wyczuwam jakieś powiązanie, zależność  między poczuciem szczęścia, a jąkaniem. Często też- jakieś zdanie, sytuacja, wydarzenie- wleje mi do głowy dziwny optymizm, zbuduje  przeciwwagę dla jąkania, przytłumi myślowe chwasty. Stonuje reakcje. Tylko, że to nigdy nie trwa wiecznie. Niebawem wraca i jąkanie, i pesymizm,  który ono potęguje, lub który potęguje je.

A jakby tak oszukać organizm i dostarczyć mu szczęścia w tabletkach? Może i jąkanie dałoby się na to nabrać?

Wracając do telefonu. Obecnie nie spotykam się z odkładaniem słuchawki. Rejestruję większy szacunek dla jąkałów. Dochodzi do tego, że jąkam się na „dzień dobry” i na nazwisku. Rozmowa przebiega tak, jak sobie tego życzę. Prawie Holandia!

We wspomnianej czytelni- był również głuchy telefon. Ponieważ Pan Bóg do krzyża pt.”Jąkanie”, dorzucił mi jeszcze- „wisienkę na torcie”-  bujną wyobraźnię. Pomyślałam tak: „Gdyby to był mój dyżur, byłabym pewna, że dzwonią specjalnie, sprawdzają mnie, jak to ja odbieram te telefony. I miałabym zepsute całe popołudnie”. Oczami wyobraźni zobaczyłam wiele takich telefonów na szali- zwolnić ją, czy nie zwolnić. Zwolnić! Paranoja. Udowodnię to każdemu- tylko nie sobie.

Kiedy jeszcze  miałam lepszy humor, napisałam podanie do prywatnej uczelni, że poprowadzę ćwiczenia ze studentami,  na jakiejś turystyce. Ponieważ nie bardzo wierzyłam w powodzenie przedsięwzięcia, dla eksperymentu, pojechałam po bandzie:

„Ponieważ nieco się jąkam, jestem przykładem dla młodzieży (wiem to po dwudziestu latach pracy w szkole), że nie trzeba być idealnym, żeby być bardzo dobrym. Co proponuję w zamian- doskonałą dykcję, sprawne posługiwanie się językiem polskim, interesujący sposób prowadzenia zajęć, kulturę osobistą, dobry kontakt z słuchaczami.
Nawiązanie współpracy z Państwa Uczelnią będzie dla mnie wyróżnieniem”.

Po dwóch miesiącach zadzwoniła pani sekretarka, że niestety w tym roku nie, ale podanie zachowają. Wierzę sekretarce. Podanie do biblioteki (pół roku wcześniej) wyrzucili bez czytania. Zniknęło. Nie ma. A pani je potrzebuje?

Tym bardziej rozdrażnia mnie, że  wygłoszę prelekcję, stanę przed klasą, a nie odbiorę telefonu. Ale zobaczcie- napisałam o jąkaniu i był jakikolwiek odzew. Jąkanie- na wejściu- nie zdyskwalifikowało. Szkoda, że nie widziałam min czytających: „Jąka się i ma dobrą dykcję? Mądra ona jest? Mądra, niemądra- może się przydać. Chowamy. Sprawdzimy – jak będzie potrzeba”.

Na fali szukania pracy zadzwoniłam również do szkoły. Już tak mi nie zależało, że aż zadzwoniłam. Jednak na drugi telefon się nie zdecydowałam. Nie można szukać pracy, a robić wszystko, żeby jej nie znaleźć: „Kasiu, zadzwonisz do kard jako danutagajewska?”

Może dlatego czuję paniczny strach przed telefonem w mojej obecnej pracy, bo mi na niej zależy? Bo chciałabym tam zostać? Dlaczego więc reaguję odwrotnie niż powinnam?

Strach, strach…

Dlaczego jąkam się przy moich nowych koleżankach? Bo są inne? (Kurczę, są inne!) Bo są młodsze, a mądrzejsze (mądrzejsze to u mnie znaczy- bardziej biegłe w komputerze), bo mają ustaloną pozycję, a ja jestem na cenzurowanym? Bo dopiero wyrabiają sobie o mnie zdanie?

Żeby nie było, że nic nie robię- znalazłam Chorwatkę i byłam wczoraj na pierwszej lekcji. Oprócz tego, że trzeba płacić (każde hobby kosztuje) było fantastycznie. Świetna dziewczyna. Też młoda, ale z nią mam chemię. Było bardzo sympatycznie. Poza tym potrafię się już poruszać się w katalogach europejskich bibliotek, wyświetlać zdigitalizowane zbiory. Bardzo podniecające i bardzo czasochłonne. Jest też mnóstwo dostępnych chorwackich portali. Kiedy ja studiowałam nie było nawet internetu!

Wszystko po to, że za rok będę oprowadzać Chorwatów, którzy przyjadą na Światowe Dni Młodzieży. Ogrom pracy.  Zaczynam od zera. I, albo będzie wielka radość, albo wielki żal. Wszystko zależy od jąkania. A jąkanie zależy od … wszystkiego. Ale próbuję, jak zawsze. I jak zawsze nie wiem jak będzie. Czy ja pokonam jąkanie, czy jąkanie pokona mnie. I już się cieszę. I już się boję. I myślę sobie- po co mi to? Bo chcę! Bo mam taki kaprys. Bo, przecież muszę mieć cel.

Najgorsza jest ta pierwsza chwila z nieznaną grupą. Najpierw wszyscy myślą, że się przesłyszeli (widzę po minach, czuję po zachowaniu), wzmagają czujność, potem nie dowierzają (zdziwienie na twarzach). I pewność: „To jest jąkała! W co my się wpakowaliśmy”? Rezygnacja. Następnie, z braku wyjścia, jednak zainteresowanie. Na końcu wszyscy są zadowoleni. Liczę na to, że i tym razem tak będzie. Poza tym liczę na miłosierdzie młodzieży katolickiej. I na siebie, że mobilizacja zadziała.

Jeśli się jąkacie- wiecie, jakiej wymaga to odwagi. Ile wewnętrznej siły. Rosyjska ruletka. Sport ekstremalny. Jeśli się nie jąkacie- cieszcie się, że nigdy, szczęśliwie,  się tego nie dowiecie.

Przyszła pora, żebym wyraziła swój sprzeciw, przed porównywaniem  strachu człowieka jąkającego się, do strachu osoby nieśmiałej, przed publicznym wystąpieniem. Takie porównywanie jest nadużyciem. Nasz strach nie wynika z nieśmiałości, ani z innych wyimaginowanych  przyczyn. Nasz strach jest normalną reakcją. Ludzką, powszechną i wynikową. My mamy konkretną przeszkodę. Niezawinioną. („Każdy jest kowalem swojego losu”. Chyba, że mu się przytrafi jąkanie.) Odgórnie nadaną. Nie wiem, czy nieśmiałość jest zawiniona. Ale to inny problem. Przede wszystkim dlatego, że go nie widać.  Ja nie mam  pretensji, że nie skaczę na bungee. Nie skaczę, bo się boją. Czego się boję? Nie wiem czego. Ogólnie- wszystkiego. Po prostu- boje się. Jeśli nawet skoczę, wątpliwa będzie to przyjemność. Natomiast mówić  uwielbiam- tylko mam konkretną przeszkodę,  wieczną i niezmienialną. Istniejącą, nie wymyśloną. Mocną przeszkodę- bardziej zewnętrzną, niż wewnętrzną. Logiczną i zrozumiałą.

Na widok nieśmiałego nikt nie ryknie śmiechem. Nie pomyśli też: „biedny”. Na widok jąkały- ryknie i pomyśli. To jest ta SUBTELNA różnica. Mówienie, że sytuacja  jąkały i nieśmiałego  jest podobna, jest  nadużyciem. Nie jest podobna!

Kiedy kończyłam średnią szkołę (tak żałuję, że brakuje mi czasu na „Wspomnienia jąkały”) GRONO – a maturę zdałam świetnie- zadecydowało, że nie powinnam iść na studia, bo: „Po co się tak męczyć”. (To się, zdaje się, nazywa- „nieść kaganek oświaty”). Ale to jeszcze nic. Była w klasie dziewczyna- starsza od nas, pewnie po szpitalu, chodziła o kulach- bardzo dobra z matematyki. Ona też – według GRONA- nie powinna była iść na studia. Z tej samej przyczyny: „Po co się tak męczyć”. Do dzisiaj nie wiem, co GRONO miało na myśli. Ale niebawem zapytam! To właściwie co miałyśmy robić? Jeść i spać? Płynnym ruchem przejść na rentę? Wiadomo, że mamy trudniej, gorzej niż inni. Ale czy rezygnacja z jakiejkolwiek aktywności nas uszczęśliwi? Pomniejszy nasze problemy?  I tak jesteśmy niewielką konkurencją dla reszty. A dla głównego, silnego nurtu społeczeństwa- żadną. Więc chyba lepiej dla nas, jak sobie coś tam, dla siebie, dla własnego zdrowia psychicznego, podziubiemy.

Moja mama również miała gotowe lekarstwo na moje narzekania: „Smutno mi, że się jąkam! Co ja będę robić? Mamo! Co ja będę robić?”

– „A to, co wszyscy! Wyjdziesz za mąż, pójdziesz do pracy, będziesz robić zakupy, gotować, sprzątać, bawić dzieci i nie będziesz miała siły zastanawiać się nad jąkaniem. Ja się nie jąkam i co to zmienia w moim życiu? Nic”.

Więź między matką a córką to coś niesamowitego- jak dwie krople wody.

„Zrób przyjemność mamie przed jej świętem”.

Ja tam zawsze słyszę: „przed jej śmiercią”.

Przed czym? A, przed świętem!

Wszystkiego Najlepszego Mamom! Czego i sobie życzę.

 

Telefon

Każdy jest przeczulony na swoim punkcie. Musiałam ściągnąć z bloga śmieszną anegdotkę. Mimo, że żart dotyczył bardziej wydarzenia niż osoby- nie było uproś. „Bo jeszcze ktoś pomyśli, że JA …” Nie rozumiem, ale polecenie wykonałam. „Pisz o sobie”! Piszę o sobie. Choć gdybym mogła czasem wtrącić jakiś niewinny przerywnik- byłoby ciekawiej. I normalniej. Piszę o sobie, bo wiem, że ten, kto czyta, wcale nie myśli o mnie – tylko też o sobie. Ja jestem lustrem.  Zajmuje nas to, co  nas dotyczy. Nie, że obchodzi nas obca osoba. Obchodzi nas opisywana zbieżność. Piszę o sobie, bo wiem, że myślicie: „Przecież ona pisze o mnie! Tak właśnie jest. Czuję to samo”. Ja nawet nie uważam, że się specjalnie odkrywam. Każde wydarzenie  ma przypisany stały, odwieczny pakiet emocji. I choćbyśmy się silili na oryginalność- w określonej sytuacji dopadną nas określone uczucia. Pytanie nie jest – co przeżywam, tylko jak mocno. Ludzie tworzą grupy, a w grupach są jeszcze płaszczyzny. Jestem w grupie kobiet, matek, bibliotekarek, ludzi jąkających się. Niektóre grupy wybrałam sama, niektóre wybrały mnie. Chyba nikt z własnej woli nie zapisał się do grupy jąkałów. Ale skoro w niej jest- mniej lub bardziej- doświadcza przypisanego jąkaniu zestawu uczuć. Czy jest w tym coś nadzwyczajnego? Nic. Tak było, jest i będzie.

Seneka: „Dobrze jest wspólnie płakać: bardziej cierpią ci, których dręczą utajone zgryzoty…”, „Wszystko co potępiamy u innych, znajdziemy we własnej duszy”.  Minęło dwa tysiące lat. Czy coś jest nieaktualne?

Dobrze to ujął Sojka, kiedy pytano go, czy podobał się sobie w filmie. Przyznał, że za pierwszym razem oglądał tylko siebie. W ogóle nie wiedział o czym jest film. Czekał wyłącznie na siebie- jak wygląda, jak wypadł i jak się prezentuje?  Za drugim razem skupił się jednak na filmie. Uznał, że całość jest dobra i zrozumiał, dlaczego reżyserce potrzebny był policjant w kapciach, łysiejący, gruby i rozczłapany. On tam nie jest Sojką, tylko policjantem- z charakterystycznym rysem. Przedstawia, nie siebie, tylko pewnego typa. Ja też w blogu przedstawiam „pewnego typa”. Prezentuję oddolną wiedzę na temat jąkania-  opartą na przeżyciu i doświadczeniu. Przedstawiam świadomość, samoświadomość, fobie i wizję świata jąkały. Przedstawiam jedną płaszczyznę. I nie boli mnie, że „ktoś jeszcze pomyśli, że JA…”, piszę właśnie po to, żeby pomyślał.

Cały ostatni czas jąkanie wisi nade mną. Siedzi mi na kołnierzu. Nie opuszcza mnie. Nie jąkanie. Poczucie jąkania. Słowa przechodzą przez tunel. Przechodzą albo nie.

Ostatnio napisałam, że jąkanie ogranicza. Ogranicza, nie uniemożliwia. Nie uniemożliwia, ale przeszkadza. Dlaczego Kukuczka zdobył wszystkie ośmiotysięczniki jako drugi. Był gorszy od Messnera? Nie. Był lepszy! Tylko żeby jechać na wyprawę musiał najpierw pół roku myć kominy fabryczne, następnie zorganizować  jedzenie, uzyskać masę pozwoleń, paszport! Zarobić niemożliwe, na swoje możliwości, pieniądze. Pokonać wiele socjalistycznych trudności. Pokonał, ale zabrało mu to tyle siły i czasu, że tamten, spokojnym krokiem wszedł pierwszy. To  Messner jest w encyklopediach, nie Kukuczka. A czy to jest wina Kukuczki, że urodził się tu i wtedy? Czy to jest zasługa Messnera, że Włosi z kupą rządowej kasy i najlepszym sprzętem podwieźli go samochodem pod samą górę? Kukuczka zdobył to, co chciał. Tyle, że bardziej- dla siebie. Pewnych okoliczności nie przeskoczył. My też możemy zdobywać swoje szczyty. Nikt nam przecież nie broni. Tyle, że – też bardziej dla siebie. Ja zdobywam swoje. Mam tylko poczucie, że bez jąkania byłoby mi prościej, łatwiej i szybciej. I wyżej bym doszła. I nie porywam się na ośmiotysięczniki. Uważam, że z jąkaniem nie można przekroczyć pewnej granicy. Są granice nie do przejścia. Oglądałam wystąpienie Dudy- jak wygrał. Nie wiem co mówił, bo myślałam sobie tak: „A gdyby on się jąkał? Przecież by go wygwizdali i wywieźli na taczkach. Nikt nie chciałby, żeby reprezentował go jąkała. Z jąkaniem nie miałby szans. Zacznijmy od tego, że nie pokonałby samego siebie. Nie odważyłby się.  Nie nadawałby się. Z jąkaniem w pakiecie by się nie nadawał”.  Albo- rano teraz słucham radia i są tam konkursy- gry o płyty, o pieniądze. Czy ktoś, kto się jąka kiedyś tam zadzwoni? Nigdy. A dlaczego? Nie lubimy płyt, nie potrzebujemy pieniędzy? Bardzo śmieszne!

Można sobie skubać sukcesy na miarę. Na miarę jąkały. Gdzie jąkanie razi, ale nie oślepia. To i tak są nasze Himalaje.

W tym tygodniu miałam problem z telefonem. Nie sądziłam, że mnie to tak zdominuje. Jakież złudne jest pojęcie „praca dla jąkały”. Praca dla jąkały jest w szkole- jeśli przyjąć logikę jąkały, bo w szkole nie ma telefonu. Jak Boga kocham, w szkole telefon jest wyłącznie w sekretariacie. Nigdzie indziej to diabelskie urządzenie nie występuje. Normalnie zapomina się, że istnieje. Tutaj telefon straszy na każdym biurku. Jest obecny. Jest częścią pracy. Co mi z tego, że moja praca to ja i komputer. Jest jeszcze telefon. I nagminne z niego korzystanie. Dla wygody, oczywiście. DLA WYGODY! Jednego dnia dzwonił wyjątkowo często. W końcu najbliżej siedząca dziewczyna powiedziała: „Ja już wstawałam, teraz wy”. Wstawałam! No tak, dla ludzi odebranie telefonu to jest wstanie z krzesła, dodatkowy ruch ręką. NIC WIĘCEJ! Słuchawka- nazwisko- tak, nie, dzień dobry, do widzenia, proszę bardzo- słuchawka. Na nikim nie robi to najmniejszego wrażenia. Telefon odbiera się pomiędzy ugryzieniem jabłka.  Dla mnie dźwięk telefonu to nadciągająca apokalipsa. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy, że telefon w pracy odgrywa taką rolę! Zderzyłam się z telefonem. Hym. Jakoś muszę to rozwiązać. Tylko jak? Jak wytłumaczyć otoczeniu, że odebranie telefonu to jest problem? Strach nie do pokonania. Rzecz nie do zrobienia. Tłumaczyć? Unikać? Zaprezentować? Prosić? Każde wyjście – złe. Co właściwie jest problemem? Przewidywany szok trzech dziewczyn w pokoju. Kontrast między ich postrzeganiem mojej osoby, a obnażenie tajemnicy w kontakcie z słuchawką? Przeczuwane przeze mnie plotki, oparte na podsłuchanych kiedyś komentarzach. To, co o mnie pomyślą? Zgrzyt? Chodzi o ten zgrzyt. Działam ze zgrzytem. Może jestem dobra, ale… Ale, czy można mnie zostawić na dyżurze w czytelni, w wypożyczalni? Jest ze mną problem, problem, problem…

Na drugi dzień zostałam sama z dziewczyną, którą najbardziej lubię- coś między koleżanką, a córką, z tym, że zawodowo relacja w sam raz, odwrotna. Niezła mieszanka.

– „Słuchaj, ja sobie z telefonem nie poradzę. Nie przeskoczę trzech świadków, nie powiem wymaganej regułki i – co nie jest bez znaczenia- nie odpowiem również nic sensownego. Po początku- o jaki mnie nie posądzacie- powiem jedynie, z trudem, że poproszę kogoś innego. Moje odebranie telefonu nie przyniesie żadnego pożytku, nikomu. Żadnego dobrego skutku. To będzie pogrom. Ja wiem, że to nie jest normalne- tak wielki strach przed podniesieniem słuchawki. Wiem również, że to nie jest zrozumiałe. Ale to jest dla mnie ogromny problem. I nie wiem, co mam z tym zrobić”.

– ” To jest normalne i zrozumiałe. Ja to rozumiem. Mam kolegę, który też ma taką cechę”.

CECHĘ! Czy spotkaliście się z nazwaniem jąkania cechą? Cechą, a nie wadą?! Ja po raz pierwszy w zeszłym tygodniu. Było mi nieprawdopodobnie miło. Co, zazdrościcie mi koleżanki?

Uważam tą rozmowę za przełom. Chyba naprawdę jest jakieś światełko w tunelu. Zaczynamy być postrzegani jak ludzie. Ludzie akceptowalni. Ludzie w normie. Z dodatkową cechą.

Wielokrotnie w ten dzień dzwonił jeszcze telefon. Jeden był do mnie, od pani sekretarki.

– „Widzisz, telefon nie jest dla mnie łatwy. Jak już zacznę, to mówię. Chodzi o ten nieszczęsny początek”.

Przy kolejnym dzwonku pomyślałam, że odbiorę, niech „zobaczy” „to” w pełnej krasie. Niech się przekona. Ale, po co? Czy ja jestem masochistą? Czy zależy mi na gorszym wizerunku? Na najgorszym? I co miałabym udowodnić?

To niestety nie koniec historii. Wszystko dopiero się zaczyna. Kiedyś w końcu będę musiała odebrać ten telefon. Może zaistnieją wtedy jakieś okoliczności łagodzące. Może będę sama w pokoju, może będę już wiedziała cokolwiek, może będę miała lepszy dzień, a najlepiej- umowę na czas nieokreślony. Może jakoś powiem to- „halo”. Może! Jąkanie to przecież wieczne liczenie na cud.  I czekanie na cios. Podczas każdego bloku czas się zatrzymuje, świat się zatrzymuje, następuje przerwa w życiorysie. A ja zamykam oczy i umieram. Moje życie jest krótsze o wszystkie bloki. Żyję pomiędzy blokami. Podczas bloku- nie żyję.

Jestem na siebie zła. Nowa sytuacja- nowe przeżywanie jąkania. Coraz bardziej, coraz mocniej, coraz większy strach. Koło coraz szczelniej się domyka. Po trzech tygodniach wejściowe „cześć” mówi mi się coraz gorzej. Myślę o tym „cześć”. Czyli, że to nie chodzi o słowo, wyraz, o konkretne brzmienie nazwiska. Jasne, że nie. Kiedyś nazywałam się inaczej i to inne nazwisko też- tak samo, nie przechodziło mi przez gardło. Dlaczego? Bo też było moje. Identyfikowało mnie, jąkałę. Nie chodzi o słowa. Chodzi o sytuacje. A może o słowa w sytuacjach? Nie chodzi o litery (głoski!). Chodzi o skojarzenia. O nawyk, odruch. O alarm w mózgu. O podświadomość. Chodzi o logofobię.

Miałam dwadzieścia lat i w Zagrzebiu nie odważyłam się zadzwonić z pytaniem do pewnej instytucji. Widzę tą sytuację, bo bardzo chciałam, ale się nie odważyłam. Pół godziny mocowałam się ze sobą. Brałam słuchawkę i odkładałam. Była przy tym moja koleżanka i logopedka. Zachęcała mnie, tłumaczyła, przekonywała. Nic nie pomogło. Nie odważyłam się. Minęły dziesięciolecia. I nic się nie zmieniło. Czy ja w ogóle przeszłam jakąś drogę?

Na drugi dzień w pracy obdzwoniłam parę rejestracji, podczas mojej rozmowy telefonicznej w sprawie remontu, po schodach schodziła pani kierowniczka. Nawet się ucieszyłam. Przez najbliższy czas nie zaświta jej w głowie myśl, że mam taki problem. Jak będę miała szczęście (szczęście w nieszczęściu!) może nigdy się nie dowie całej prawdy. Albo dowie się wystarczająco późno. I tylko po części.  Dobrze chociaż, że mój osobisty telefon tak nie straszy, jak ten wspólny. Pewnie dlatego, że można z nim iść tam, gdzie nikt nie słyszy.

Byłam kiedyś w szpitalu w Warszawie- no, wiecie- Instytut Mowy i Słuchu. I tam w dźwiękoszczelnym pokoju, na podstawie przeczytanych dwóch zdań wymierzyli moje jąkanie na dwa procent niepłynności. No, hura! Tylko, przepraszam, co oni wymierzyli? Przecież to śmieszne jest- mierzyć jąkanie w laboratorium. A, czy życie to jest laboratorium? A gdyby mierzyli jąkanie, kiedy w kompletnym zacukaniu odbieram telefon w obecności moich trzech nowych koleżanek? To ile by im wtedy wyszło? Trzysta procent niepłynności? No, najmniej! Poza tym, wtedy po szpitalu, biegałam radosna jak skowronek-  takie były akurat wyjątkowe okoliczności. I z trudem przypominałam sobie, co ja tutaj właściwie robię? Aaaa, no, przecież!

Jeszcze dwa dni, jeszcze jeden, jeszcze godzina….

Dwa procent niepłynności mowy. W pustym pokoju. Sobie, a Muzom. Dobre!

Czego to ludzie nie wymyślą.

Jednostka jąkania- procenty. A dlaczego nie tesle?!

 

 

 

 

 

Nic wesołego.

Nie mam czasu, ani siły, ani specjalnej radości życia. Zamknęło mi się parę drzwi. Uchylają się nowe, ale jak ktoś boi się wszystkiego- tak jak ja- no to się boi.

Najpierw- z najbardziej oczywistego na świecie powodu- zakończyłam angielski. Po niezłym podsumowaniu pierwszego semestru, nie dociągnęłam, niestety, do końca drugiego. Opinia lektorek po pierwszym semestrze: „Jest Pani bardzo aktywna w czasie zajęć, angażując się we wszelkiego rodzaju zadania i ćwiczenia. Zabiera Pani chętnie i często głos na zajęciach, dzięki czemu płynność Pani wypowiedzi stale się poprawia!”. Dalej- wyniki testów. I, że mogę być z siebie dumna. Byłam.  Z mieszanymi uczuciami żegnałam się z angielskim. Przez trzy poprzednie lata była to dla mnie rozrywka- utrzymywałam się w górnej granicy grupy i mówiło mi się dobrze. Ten rok natomiast od początku był inny, trudny. Wyraźnie odstawałam poziomem  i jąkałam się bardzo. Właśnie! Co to znaczy: „płynność Pani wypowiedzi stale się poprawia”? Że mniej się jąkam? Owszem były lekcje, kiedy mówiło mi się lepiej, może rzeczywiście przed końcem semestru tak było, ale potem wracałam do tegorocznej normy. Dopiero po paru tygodniach wymyśliłam, że może paniom nie chodziło o jąkanie, ale o płynność w sensie- bardziej składnego mówienia w języku. Lepszego zasobu słów. Bardziej płynnej mowy po angielsku. Najpewniej, w słowie „płynność”, zawarły i to, i to. W tej chwili już nie żałuję, że zrezygnowałam. Nie pogodziłabym tak ambitnego kursu z moją obecną pracą. To znaczy, gdybym miała motywację- pogodziłabym. Ale motywacji zabrakło, ponieważ przede wszystkim zabrakło możliwości.

Z tej samej przyczyny zakończyłam terapię. I co? I od razu dopadły mnie nowe- wewnętrzne-  problemy. Dlaczego ja o tym nie rozmawiałam, kiedy była pora? Bo napadły na mnie teraz. Teraz się stworzyły. Może  jestem uzależniona od terapii? Nie. Ale to prawda- bezpieczniej się czuję, kiedy mam możliwość omówienia z fachowcem, tego co mnie gryzie. Omawianie z koleżankami to nie to samo. M. Halber: „Jak idziesz do psychologa(…), to myślisz sobie, że to jest tak , jakbyś szła do wróżki- płacisz stówkę za to, żeby przez godzinę było tylko o tobie”. Zgadza się.

Najdziwniejsze jest to, że kiedy zaczynałam terapię, warunki zewnętrzne były dużo lepsze od obecnych. Choć, sama już nie wiem. Były inne. Teraz rzeczywistość mocno mną zakręciła, mimo to utrzymuję się w pionie. Nikomu na moim obecnym miejscu nie byłoby szczególnie lekko ani radośnie.

Teraz praca. Jak każda- ma plusy i minusy. Duża zmiana. Przede wszystkim mierzę się z ośmiogodzinnym dniem pracy. Z wybraniem się, dojazdem, godzinną poranną gimnastyką kręgosłupa, zakupami w drodze powrotnej, robi się godzin dwanaście. Wstaję o piątej i wracam o piątej. Siedzenie plackiem osiem godzin przed komputerem, przyznam, że dla mojego organizmu to jest szok. Mam nadzieję, że wprzągnę się jakoś w ten kierat. Muszę. Moją największą satysfakcją jest to, że odnalazłam się poza szkołą, w której spędziłam przecież całe dorosłe życie. Choć- w pewnym sensie, instytucja podobna, cieszę się, że „coś” zmieniłam. I praca, którą wykonuję ma dla mnie większy sens. Ostatnie lata w szkole to było zastępowanie wszystkich i wszystkiego, we wszystkim. Nie da się ciągle być „zamiast”. Traci się tożsamość. Nie jest się Sobą, a nawet jest się Nikim. Pani Nikt. Pani Zamiast. Cieszę się, że teraz mam swoje miejsce, swoje biurko, swój komputer i swoją robotę. I siedzę z młodymi dziewczynami- a to dobrze robi. Siła młodości jest cenna. Poza tym dziewczyny są w porządku. Są inne niż ja, inne niż moje koleżanki, uczę się ich i to jest ciekawe. I w pokoju jest cisza. Uwielbiam!

Telefon, oczywiście mam za plecami. Taką wewnętrzną linię. Jedna dziewczyna siedzi w podobnej od niego odległości. Kiedy zadzwonił kiedyś czwarty raz, podniosła się druga dziewczyna, która siedzi zdecydowanie dalej. Niby przez pierwsze dni nie muszę odbierać, ale co dalej?

– „Dziewczyny? Podarujecie mi odbieranie telefonu? Mnie naprawdę ciężko mówi się przez telefon, lepiej będzie również dla Was, nie będzie złego wrażenia dla całego pokoju”.

– „Chyba nikt specjalnie nie lubi odbierać telefonów, zwłaszcza, że większość z nich to pomyłki”.

– „Tak, ale ja mam specjalne powody”.

– …………………………………………………….

– „To podarujecie mi ten telefon?”

-……………………………………………………..

Nie wiem, czy się dogadałyśmy. One może z pięć razy, przez dwa tygodnie, zarejestrowały moje zająknięcia. Znają wierzchołek wierzchołka mojej „góry lodowej”. Mało tego, parę razy odebrałam przy nich mój prywatny telefon. Czyli- odbieram telefony. To co, nie chce mi się wstać do tego wspólnego? Królewna się znalazła? Nie mam ochoty, ani potrzeby, ani nawet możliwości wtajemniczenia ich w całą potężną resztę. Samotność jąkały jest przerażająca. Logika świata kontra logika jąkały. To słabo daje się pogodzić. My jeszcze zdajemy sobie sprawę z logiki świata, ale świat z logiki jąkały- na pewno nie.

 

Odbyły się ostatnio w Krakowie dwa spotkania. Grupa samopomocy- Lucyny i grupa uczelniana- Jagody. Nie będzie to sprawozdanie ze spotkań, jedynie moje wrażenia.

Na grupie samopomocy, po raz kolejny utwierdziłam się w podobieństwie przeżywania jąkanie. W rozmowie z młodszym kolegą- filologiem, doszliśmy- mimo różnicy wieku, doświadczeń i płci, do identycznych wniosków. Reagujemy podobnie- zamiast powoli zdradzać się z jąkaniem, oswajać rozmówcę, środowisko, że mamy taki problem, my, za wszelką cenę nie chcemy przekroczyć granicy normalności. Niech nie wiedzą, że się jąkam! Owszem, jedziemy na tej „normalności” dopóki się da. W końcu- co jest nieuniknione- zastaje nas sytuacja w której dostajemy potężnego bloku. Następuje szok. Otoczenia, bo kompletnie go na to nie przygotowaliśmy i nasz- spadliśmy z postumentu. Król znowu jest nagi. Jest taka stacja w Drodze Krzyżowej- Obnażenie z szat. To jest właśnie coś takiego. Takie obnażenie. Ponieważ obydwoje mamy ten sam problem- dużo wiemy w swoich dziedzinach, a trudno to sprzedać, bo sprzedaje się mową, nie pisemnym projektem, bardzo nam żal, że tak jest. Wiedza jest w nas, miło by było, gdyby wyszła na zewnątrz. Tylko, że jak wyjdzie z jąkaniem, to już nie będzie tak miło. Wieczny strach, nie znikające wątpliwości. Jeżeli ja wystąpię w auli uniwersytetu, to nie zrobię złego pijaru tylko sobie, także uczelni. A może uczelnia sobie tego nie życzy, żebym się jąkała w jej imieniu? A może wystąpienie będzie dobre. Może mi się uda, może będę miała dobry dzień? A może przeciwnie, nic nie powiem. Tego nie wie nikt. Nawet ja. To co- starać się o wystąpienie, uczyć się, denerwować i czekać na efekt- którego nie zagwarantuje największy nawet wkład pracy. Czy podarować sobie? Podarować sobie kolejne wystąpienie, kolejną możliwość, kolejny etap, kolejny rok. Walczyć (głównie z samym sobą), czy nie. Chcieć, czy wytłumaczyć sobie- wbrew sobie, że się nie chce, że nie potrzeba, ze to nie jest ważne. Mówiliśmy jednym głosem. Myśleliśmy tymi samymi emocjami. Lucynka oczywiście reprezentuje inny front. Choć rozumie jąkanie (kto, jak nie ona!) jako prawdziwy psycholog i psychoterapeuta uważa, że na jąkanie można „zwalić” wszystko. A gdyby nam został rok życia?

Ale nam nie został rok życia! Wtedy rzeczywiście- a obserwowałam z bliska  sytuację poważnej choroby, mało tego, byłam w niej! I wiem, a nie wiedziałam, że w ciągu krótkiego czasu człowiek zmienia się nie do poznania, zamyka się w sobie, zawija się w sobie, w swoim czasie, w swoim ciele, w swoim bólu, w swoim przerażeniu, w swoim świecie  i w swojej samotności. I w swojej perspektywie- DO WEWNĄTRZ.

Ale nam nie został rok życia! Nie możemy- przez dziesiątki lat- cieszyć się śpiewem ptaków i kolejnym promieniem słońca. Jeśli dopadnie nas nowotwór, zapewne tak właśnie będziemy reagować i to- wtedy- w obliczu śmierci-  będzie normalne. Zresztą kto powiedział, że do jąkania z czasem nie dołączy czerniak, chłoniak czy kleszcz z boreliozą. Statystykom podlegamy – jak wszyscy. Czym wtedy będziecie nas pocieszać? Chyba tym, że jąkanie nareszcie zejdzie na dalszy plan. A z nim razem cała reszta. A skoro cała reszta to i jąkanie też. To proste- zmieni się perspektywa.

Kiedy jest się zdrowym- oczekuje się od życia jednak czegoś więcej niż zachwytu nad odkrywaniem, że trawa jest zielona. Tylko czy my jesteśmy zdrowi? Właśnie! Teoretycznie- tak. Czasami- tak. Ludzie myślą, że tak. I my chcemy tak myśleć.

Wielokrotnie spotkałam się z porównywaniem jąkania do śmiertelnej choroby. W ramach pocieszania jąkałów. Ale przecież to jest porównywanie rzeczy nieporównywalnych. Mnie to nie przekonuje.

 

U Jagody przedstawialiśmy się. Osoby jąkające się próbowały wytłumaczyć studentom psychologii, co to jest jąkanie. Trafną definicję podała Justyna: „Jąkanie to jest takie coś, co zawsze utrzymuje cię w cieniu”. To prawda. Zawsze z tyłu, zawsze za innymi. Justyna i Ania są w trakcie terapii nowej mowy. Trzymam za nie kciuki. Komuś przecież musi się udać.

Dlaczego zawsze za innymi? Ponieważ mamy mnóstwo wewnętrznych hamulców. Jąkanie to hamowanie. A nawet wsteczny. Wieczny wsteczny.

Prezentacje- wszystkie historie podobne. Nasze historie. Choć wszyscy jakoś sobie z tym radzą, jąkanie w nas żyje. Ja- podczas wystąpienia-  w ogóle się nie jąkałam, ale kiedy mówię o jąkaniu, zawsze chce mi się płakać. Uważam je za jedyną tragiczną część mojego życia. Utrudnia wszystkie etapy rozwoju. Od narodzin do śmierci. Ogranicza.

Przy okazji dowiedziałam się, że można się zacząć jąkać w liceum, jeszcze później. I nie jakoś znowu bardzo, a problem jest nie mniejszy. Czuje się podobnie. Tak samo. Ja się zaczęłam jąkać „po bożemu”, we wczesnym dzieciństwie. I miałam chyba najgorszą formę jąkania. Poważne bloki. A pomiędzy tym okresy całkowitej prawie płynności. Jąkanie to jednak idiotyczna przypadłość. Nienawidzę go!

I jest śmieszne. Przypomina pojedynek na miny. Przyprawia gębę. Nie dodaje powagi. Odbiera ją. O! To mój nowy problem. Co ujdzie młodej osobie, nawet- jak mnie wielokrotnie przekonywano- dodaje uroku, wzbudza potrzebę opieki- przynajmniej teoretycznie- z mijającymi dziesięcioleciami, przestaje funkcjonować. Obecnie mogę wzbudzać jedynie zdziwienie: ma tyle lat i jeszcze się nie wyleczyła?!

Jagoda opowiadała, że zaleciła studentom przedstawić się – jąkając. Żeby poczuli jak to jest. Nie poczuli, bo nie potrafili zmusić się do jąkania. To poniżej ludzkiej godności. Zgadza się. Z tą różnicą, że nas nikt się nie pyta, czy chcemy. Reszta odczuć i reakcji taka sama. Można zamarkować „r”, zaprezentować każdą inną wadę wymowy. Ale jąkanie? Jąkania- nie. To byłoby za mocne doświadczenie.

Kiedy w fabułę filmu zostaje wpleciony jąkała, jąka się buzią, wargami. Twarzą pokazuje jak jest mu trudno przepchnąć słowo. Ma to być zwykle element humoru. Pokazywać, że ludzie są różni. Ale ci nie są szkodliwi, nawet z nimi weselej.

Prawdziwe jąkanie nie odbywa się w obrębie warg. Ono dzieje się dużo głębiej. Tak jak w filmie „Jak zostać królem”. Mniej więcej tak. Król miał jednak królewski autorytet. My musimy mieć siłę konia i skórę hipopotama. A skąd się to bierze? Ktoś może wie?