Wolne wnioski

Po pierwsze, nigdy nie wiadomo, co komu pomoże.

Dziewczyna napisała, że mój blog jest dość skuteczną terapią: „Chociaż chwilę po jego przeczytaniu czułam, że się nie jąkam, że umiem mówić”. Proszę bardzo! A czy ja coś piszę wesołego? Specjalnie budującego? Odkrywczego? No właśnie- NIC. A, jak się okazuje- nawet pomagam. Tu przypomina mi się obrazek z dzieciństwa: logopedka siedzi naprzeciwko mnie i hiperpoprawną wymową uczy mnie mówić. Nie powiem, zazdroszczę jej tej wymowy, w ogóle to bardzo ją lubię – ale przecież na ulicy tak nie mówisz, myślę sobie- na ulicy- mądralo- będziesz mówiła normalnie, nie jak manekin. A ja, nie! Jakoś, wisiała w powietrzu teza: ” Pokazałam jak masz mówić, wykonałam pracę, przećwiczyłaś, teraz idź do domu i mów tak cały czas. Już wiesz jak. Idź i nie grzesz więcej”.

Nawet ja- kiedy słucham drugiego jąkającego się- myślę sobie- dlaczego nie przerwiesz tego bloku, nie przejdziesz go płynnie, przecież wiesz, co trzeba robić, dlaczego się nakręciłeś, przecież ja też się jąkam, dlaczego teraz się jąkasz- czy ja ci coś złego robię? I kiedy tak myślę- ja, która też się jąkam i zazwyczaj, zawsze!,  jestem po drugiej stronie barykady, to…

Po drugie, łagodniej myślę o słuchaczach.

Nie jest łatwo słuchać jąkały. Dlatego – szacunek dla ludzi, którzy jednak starają się nie szkodzić. W mojej nowej pracy- mniej więcej już wiedzą, że się jąkam, choć jeszcze – na szczęście- nie pokazałam wszystkiego, na co mnie stać w tym temacie. Jedna pani do której przychodzę zagadać, wyczuwa każdy blok i bardzo szybko za mnie kończy wyraz. Tak reaguje. Prawdopodobnie nieświadomie. Ale mnie to nie przeszkadza. Owszem, może wolałabym, żeby wykazała więcej- no właśnie czego?- cierpliwości, obojętności, sztuczności? Generalnie-  jąkała sam nie do końca wie, czego oczekuje od słuchacza. Tym bardziej słuchacz. Tym bardziej na początku znajomości. A nie jesteśmy przecież w urzędzie, gdzie ten w okienku musi, a przynajmniej powinien pokazać kamienną, acz uśmiechniętą maskę. Dopóki reakcje rozmówcy wynikają z jego dobrej woli- ja akceptuję. Skoro ona akceptuje mnie- nie ma powodów szukać minusów w pozytywnym całokształcie. Występujemy jakby w trójkę- ja, ona i jąkanie. Doświadczyłam też miłej reakcji innej koleżanki. Na moją odpowiedź, że- „no, denerwuję się, bo nowe środowisko, nowe wyzwania, a ja jeszcze się jąkam”, odparła, że „jąkanie to cecha ludzi inteligentnych”. Tak. Historia świata dzieli się na: przed wojną i po wojnie. Historia jąkania na: przed „Jak zostać królem” i po „Jak zostać królem”.

Po trzecie, uznać się za niepełnosprawną, czy nie?

Jest bum na niepełnosprawność. Może niż demograficzny, to- z braku laku- uczelnie rzuciły się na niepełnosprawnych, zawsze parę etatów się ocali. Podpisują konwencje z których wynika, że najskuteczniejszą formą rehabilitacji jest aktywność zawodowa, a u podstaw każdej uczelni znajduje się humanizm i otwartość. Następnie przeczytałam to, co chciałam: „Głównym celem jest zwiększenie świadomości dotyczącej niepełnosprawności wśród nauczycieli akademickich i pracowników administracji publicznej(…)” Super! Wreszcie wszystkie jąkały, ślepawi i głuchawi oraz epileptycy i mniej rąbnięci znajdą zatrudnienie na uczelniach i  innych placówkach budżetowych. Nie dość, że nas przyjmą, to jeszcze nas nie zwolnią. Ups! „(…) oraz wymiana najnowszych doświadczeń w zakresie kształcenia inkluzywnego”. Rozumiem. Nauka- już inkluzja. Praca- jeszcze ekskluzja. No i kto to jest ten niepełnosprawny? Niepełnosprawność dzieli się na niepełnosprawność fizyczną – w tym PSYCHICZNĄ! (Ja tylko przepisuję!), niepełnosprawność intelektualną i z przewlekłymi chorobami wewnętrznymi. Inaczej: „Niepełnosprawność to każde ograniczenie bądź niemożność (wynikająca z niesprawności) prowadzenia aktywnego życia w sposób lub zakresie uznawanym za typowe dla człowieka”. Nie, to może już dożyję jako pełnosprawna. Tym bardziej, że jąkania nie wymienia się w żadnych  ustaleniach i klasyfikacjach. Może jąkanie nie jest uznawane za niepełnosprawność? Nie trzeba nam budować specjalnych podjazdów,  przeprowadzać przez ulicę. Dopóki się nie odzywamy- giniemy w tłumie. To, na wszelki wypadek, się nie odzywamy. I wszystko gra. Nas nie ma. Problemu nie ma.

Jąkanie nie jest uznawane za niepełnosprawność, bo stosunkowo prosto można go ukryć- nie mówić. Głupio się z nim obnosić. Niezręcznie nagłaśniać: „Jąkam się. Jestem niepełnosprawny!”- „No, i?” – „I chce, żebyście mnie lubili!”- „Dobra. Lubimy. Coś jeszcze?”- „Nie. Już nic”.

Tutaj muszę wspomnieć, że dawno, dawno temu, kiedy studiowałam filologię, moja uczelnia, czyli Uniwersytet Jagielloński, wysłała mnie na stypendium zagraniczne. Wcale nie było miejsca dla wszystkich- z dziesięciu osób pojechałyśmy dwie. Na wszystkich latach, rzucała się w oczy dziewczyna na wózku, studiowała przy dużym zaangażowaniu swojej mamy, i  ja. I nie wiem co na filologii jest większą niepełnosprawnością- nie chodzić, czy nie mówić? A jednak uczelnia wysłała mnie, a ośmiu normalnych w mojej grupie zostało.  Dzisiaj ich podziwiam. Ich, to znaczy moich wykładowców, decydentów, władze Instytutu. Ja bym siebie nie wysłała. Nie jąkałam się tak jak teraz- jąkałam się jak jasna cholera. A oni się tego nie wstydzili, tylko wysłali mnie w świat. Grubo przed podpisaniem konwencji.

Po czwarte, jest potrzeba oswajania społeczeństwa z jąkaniem.

W komentarzach przejawiają się podobne wątki. Jeżeli coś jest znajome, oswojone, mniej straszy. W naszych („jotowych”) rozmowach niektórzy uważają, że oczekiwanie akceptacji to utopia. Ja tak nie uważam. Każda mniejszość walczy o akceptację. Akceptacja i pomoc- a dla jąkały najlepsza pomoc to jest nie przeszkadzanie, danie szansy- jest potrzebna.

Dlatego nie daruję- pracownikom naukowym- przecież, że jeszcze dwa lata temu, wysłuchałam konferencji z której dobitnie wynikało, że jąkały to ufoludki i trzeba je trzymać w zamknięciu do momentu aż przestaną się jąkać. Wtedy można będzie ich powoli wypuszczać… Niektórzy, szczęśliwie, zmienili zdanie. Jakby- przeszli do innej partii. Unowocześnili się. Dostosowali się do światowego nurtu. Dobrze. Dzięki temu nie wypadną za burtę. Jeszcze. Może nawet zrobią coś dobrego. Jeszcze.

Pomysł bloga zrodził się właśnie po tamtej konferencji. Jena studentka podeszła do mnie i powiedziała: „Dziękuję pani. Dla pani warto było tutaj przyjechać”.

U nas źle jest w ogóle przetłumaczona nazwa- Dzień Jąkających się. Tak, jakbyśmy wesoło świętowali największą traumę naszego życia. Jakby to był powód do radości. Nie jest. Inni przetłumaczyli to jako- Dzień Świadomości na Temat Jąkania, Dzień Uświadamiania o Jąkaniu. Niezgrabne, ale należy zamienić na jakieś zgrabne hasło. O! „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” to jest bardzo zgrabne hasło, tyle, że już zajęte.

Ponieważ powiedziałam, że nie daruję, jeszcze raz powrócę do nieszczęsnej konferencji. Ja myślałam, że już od dawna nasi logopedzi walczą o nas. Wszyscy! Uświadamiają, zmieniają, propagują,  burzą stereotypy, torują nam drogę. A tu wielkie …, przepraszam, wielki- KLOPS. Gdzie byli sto lat temu- jąkanie- wada, choroba, ograniczenie, leczenie, tępienie, wyplenienie, naprawienie, przywrócenie, zamienienie, odwrócenie, nawrócenie- tam są i teraz. Dobrze-  BYLI.

Po piąte byłam u psychiatry.

Pogadaliśmy jak psychiatra z pacjentem. Specjalnie nam się nie układało. Widocznie psychiatra też człowiek. Zdenerwował mnie ze cztery razy. Ja jego dwa, za to porządnie. Mam jakieś przeświadczenie, że psycholog ścierpi wszystko, a w rozmowie z psychiatrą wręcz nie wypada być normalnym. Oczywiście doprowadził mnie do płaczu, co w moim przypadku nie jest specjalnym osiągnięciem i udaje się nawet dyletantom. I, jakbym wtedy zobaczyła błysk satysfakcji w jego oczach- a, rozgryzłem cię, Robaczku! Trochę to jest niesprawiedliwe z tymi lekarzami. U psychiatry to ty opowiadasz o sobie- nie odwrotnie. U ginekologa też- ty się rozbierasz, nie odwrotnie. To nie jest równy start. Dostałam lekarstwa za cztery złote.  Kupiłam sobie szczęście za cztery złote. Podejrzanie tanio. Pewnie będzie adekwatne do ceny. Jakie pieniądze, takie szczęście.

Tak naprawdę to mam mieszane uczucia co się tyczy „takich” lekarstw, bo poza jąkaniem raczej kontroluję swoje życie i mam poczucie, że mam na nie wpływ. Nawet- wbrew wszystkiemu- coraz bardziej cenię je sobie, coraz bardziej jestem pogodzona, bardziej siebie lubię i uważam, że przeszłam chwalebną drogę, w dobrym kierunku. To teraz co, lekarstwa przejmą za mnie kontrolę, chemia będzie za mnie myślała? Może ja będę myślała, a chemia będzie za mnie czuła? A to jeszcze będę ja, czy już ktoś inny? Zobaczymy. Samochodu nie prowadzę, dzieci małych nie mam, nie pracuję w banku, ani na pogotowiu. A chodzi właśnie, o to „RACZEJ”.

Po szóste odbyło się spotkanie u Jagody.

Ale ja dzisiaj nic nie opisuję, tylko to, że doznałam tam rozszczepienia pojęć. Podczas badania przez studentki- czytania i opowiadania- „zobaczyłam”, że jąkanie to jedno, a logofobia to drugie. To są dwa osobne byty. To logofobia jest złą królową,  potężną siłą. Jąkanie bez logofobii nie miałoby władzy nad nami. Byłoby jakimś medycznym, artykulacyjnym problemem- zgadza się- od jąkania jest logopeda. A od logofobii kto? A na logofobię- nie ma mocnych. To ona rządzi. Dlaczego do studentek mogę kłapać nie tylko bez zająknięcia, ale nawet bez mrugnięcia okiem. Bo w tej sytuacji- nie ma najmniejszego powodu, żeby się jąkać. Natomiast na studiach, podczas czytania referatu jąkałam się- nie na każdym zdaniu, nie na każdym słowie. Na każdej sylabie.

Nigdy nie zrozumiem, nie zaakceptuję i nie pogodzę się z tym, że jąkanie jest takie perfidne. Nie ma go – jest. Nie ma- jest. Kiedy przydałoby się, żeby go nie było- wtedy właśnie jest. Kiedy, od biedy, skoro już jest, mogłoby być- studentki by się czegoś nauczyły,  wtedy go nie ma. Przychodzi- odchodzi. Cień. Prześladowca. Drugie, niechciane, JA. Potwór, który zawsze i wszędzie może się obudzić. Nawet jeśli się nie obudzi, i tak umierasz ze strachu, bo dopiero po fakcie wiesz, czy cię pożarł, czy nie.

Po siódme:  http://bi.gazeta.pl/im/70/34/11/z18040432Q.jpg

Właśnie! Oni się pogodzili. Wytykanie palcami, epitety, pewnie bolą, ale przecież nie zabijają. Część społeczeństwa ich akceptuje, część nie, a oni żyją- w miarę możliwości. Ja zrobię dużo, żeby nie usłyszeć: „Ty, jąkało!” (poznać po minie to też znaczy usłyszeć), bo mam wrażenie, że wtedy umarłabym. Od czego bym umarła? Nie wiem. Po prostu.

A gdyby tak wejść do nowej pracy, czy gdziekolwiek i zrobić popisową prezentację najgorszego jąkania. A nie odwrotnie, czaić się i martwić , że samo wyjdzie. Gdyby tak sobie założyć: Jąkam się i będę się jąkała, bo się jąkam i to jestem ja, i taka jestem, i inna nie będę. Gdyby tak powiedzieć- pokazać- jestem jąkałą, bo jestem, a wy róbcie z tym co chcecie. Znane są przypadki zaniku jąkania. Mam wrażenie, że to są „te” przypadki. Te prawdziwe akceptacje siebie całego. Tylko ilu tak potrafi? Ile takich pogodzonych- wyleczonych jest? Tyle, ile „zdążyło być w Tokio i w Paryżu, kupić mieszkanie i wyremontować dom…”. Ile? Jedna? Trzy? Van Riper jest dla tych pogodzonych. Niestety, nie dla mnie.

Ja też przyznaję się, że się jąkam. Oni też przyznają się, że są inni. Tylko oni nie muszą demonstrować tego publicznie (przynajmniej Prezydent) i ze szczegółami. A ja muszę- i publicznie, i ze szczegółami. I jak zwykle- mam gorzej!

Po ósme- dałam  dzisiaj  spokój swojej Mamie. Dzisiaj Mama ma „dzień dobroci”.

Jeśli macie jeszcze siłę to wpiszcie sobie: Danuta Golec duży format.

Albo jutro.