Telefony w mojej głowie

Mam doła. Doła telefonicznego, który atakuje resztę. Nastąpiło tąpnięcie. Przerwa, wyrwa, załamanie formy.

W pracy telefony ogarnęłam, po lepszym lub gorszym, lub całkiem złym początku- ciąg dalszy był normalny, dobry. Ale kiedyś musiałam zadzwonić do szpitala, do dyżurki lekarzy. Po pierwsze – wyobraziłam sobie tam ruch, natłok spraw, lekarskie rozmowy i mój przeszkadzający telefon. Po drugie- musiałam poprosić lekarza- podać jego imię i nazwisko. (Swojego imienia i nazwiska nawet już nie próbowałam powiedzieć). Po trzecie- docelowemu lekarzowi musiałam powiedzieć swoje imię i nazwisko i przedstawić sprawę. Trwało to długo. A ja czułam totalną bezradność. Wszechogarniającą niemoc. Słowa, czy nawet sylaby sączyły się, powtarzały (może za sukces należy uznać przynajmniej to, że nie wydawałam nieartykułowanych dźwięków, ale zanim wydukałam swoje imię i nazwisko z pięć razy powiedziałam: „nazywam się…, nazywam się…, nazywam się…, (…)”. I nie byłam w stanie zatrzymać tego refrenu. Znajomy schemat: mówię i ganię siebie w myślach, jestem na siebie coraz bardziej wściekła, pretensje do Pana Boga i kompletna martwica. I poczucie porażki: wizytę umówiłam, ale jakim kosztem! Co on teraz o mnie pomyśli! Nie znał mnie od tej strony. Podczas wizyty będzie patrzył na mnie jak na bombę z opóźnionym zapłonem, jak na kogoś, komu brak równowagi, bo raz mówi, raz nie.

Sukces niesie sukces, a porażka niesie porażkę. Po telefonie, po którym naprawdę oklapłam, to znaczy- bardzo go przeżyłam, poszłam jeszcze do działu socjalnego i tam długo za długo mówiłam „dzień dobry”, mówiąc prosto- jąkałam się okropnie. Po „dzień dobry” wytłumaczyłam o co mi chodzi i – rozważając, czy lepiej wyjść na niewychowaną, na zadzierającą nosa, czy na jąkałę- przystąpiłam do „do widzenia”, które wyszło równie tragicznie jak „dzień dobry”. Żeby zatrzeć złe wrażenie, lub jakkolwiek sobie ulżyć powiedziałam jeszcze- co akurat było zgodne z prawdą, ale niczego już nie odmieniło: „Mam dzisiaj zły dzień”. Na co panie- młode dziewczyny odpowiedziały: „Rozumiemy to”.

Taki jeden dzień wystarczył, żebym umarła na jąkanie. Żebym nabrała przekonania, że bardzo źle mi się mówi, co wszyscy – z pewnością- widzą. Może skomentują. Na pewno pomyślą. Że zatrę dobre wrażenie, a narzucę złe. Przeważę szalę na swoją niekorzyść.

Zastanawiam się- bo zewsząd słyszę, że rozmowy telefoniczne należy  oswoić, wyćwiczyć, obyć się z nimi, przyzwyczaić, dzwonić po sto razy, ponawiać, poprawiać, powtarzać. Do mnie to nie przemawia. Co ja mam ćwiczyć? Jąkanie mam ćwiczyć? To akurat mam opanowane. Dokładnie wiem z którym telefonem poradzę sobie, a z którym nie. Dzwoniąc do lekarza wiedziałam, że tej rozmowy nie przeżyję i nie przeżyłam. Nie poradziłam sobie. Druga, trzecia, dziesiąta taka rozmowa niczego by nie zmieniła. Owszem, wyćwiczyłabym jąkanie jeszcze bardziej. Tak jak „dzień dobry”, „do widzenia” i przedstawianie się. Wszystko to ćwiczyłam już tysiące razy. Z jednakowym, marnym skutkiem. Kiedy mam dobry dzień- powiem „dzień dobry”. Kiedy zły- nie powiem. A dobry dzień mam wtedy, kiedy się nie jąkam. Kwadratura koła.

No i tak. Jąkanie to sinusoida, raz ono panuje, raz ja. Czasem jąkanie na wierzchu, innym razem ja.

Cóż, trzeba się otrząsnąć i dalej żyć. I tak będzie, bo w kółko, z przykrą powtarzalnością, tak jest.

Na pewno jąkanie jest coraz bardziej obecne w świadomości ludzi, którzy się nie jąkają. W kontakcie z jąkałą zachowują się poprawnie. Tak jak powinni. Normalnie.