O samopomocy

O samopomocy z perspektywy uczestnika.

Odwiedziłam  krakowski Klub Ludzi Mówiących Wystarczająco Płynnie. Grupę prowadzi Jagoda i Lucyna- z racji swoich zawodów i wykształcenia, bardzo do tego predysponowane. Dawno już nie byłam na  spotkaniu, może więc również dlatego, zrobiło  ono na mnie duże wrażenie – spotkanie, uczestnicy, prowadzące, atmosfera. Uświadomiłam sobie, a raczej przypomniałam sobie, że takie spotkania mają sens. Spotkania ludzi z tą samą cechą- z podobnym problemem, w podobnej sytuacji, z podobnym bagażem doświadczeń. Choć różny wiek i płeć- przeżycia się zgadzają. Dlatego rozumiemy się bez słów- choć słowa padają.

Towarzyszą temu różne emocje. Cóż, ja mogę mówić o swoich. Każdy, kto tam był,  był „trochę ja”. Przebojowy- trochę ja, wycofany- trochę ja, tłumaczący sobie, że po każdym upadku należy się otrzepać i podnieść- też trochę ja. Opowieść o mówieniu do grupy i czyimś nerwowym śmiechu za plecami- moja sytuacja, dramatyczne wspomnienia o konieczności przeliterowania adresu mailowego przez telefon na oczach słuchaczy- znam, przeżyłam, wiem o czym mówisz. Mało- rozumiem jak nikt. Czuję emocje, które ci towarzyszą, kiedy o tym opowiadasz, każde zatrzymanie, ruch głową, przymknięcie powiek. Podnosisz wzrok, szukasz zrozumienia i znajdujesz je. Nie musisz mieć maski wesołka, twardziela, mądrali, pogodzonego z jąkaniem, udającego, że jąkanie to nic takiego- fraszka, igraszka, prawie go nie zauważasz. Przyzwyczaiłeś się do niego i nie robi na tobie najmniejszego wrażenia. Problem polega na tym, że do jąkania nie można się przyzwyczaić. Niestety, nie można się też z nim rozwieść. Trzeba jakoś z nim lub obok niego żyć. Jak? No, jakoś tak, jak my. Każdy z nas próbuje. Trochę wie jak, trochę nie wie.

Na tym pewnie polega samopomoc- coś dam, zostawię, coś wezmę. Taki obieg. Nad całością czuwają prowadzące- profesjonalnie i cicho. Z rzadka przesuną punkt ciężkości lub postawią kropkę nad „i”.

Czy ja wychodzę z takiego spotkania wesoła, czy smutna, zadowolona, czy podłamana? I to, i to. Ja zawsze użalam się nad jąkaniem. Nad sobą, nad innymi. U mnie to jest niezmienialne. Ale prowadzące zaimponowały mi – nie użalają się. Jagoda się nie jąka, więc może ma łatwiej, w kwestii „nie użalania się nad jąkaniem i jego właścicielami”. Lucyna już dawno wzniosła się nad poziom użalania. Potrafiła to zrobić. Ja nie potrafiłam. Dlatego nie zostałam i nie zostanę terapeutą. Swojej terapii – mimo wielu terapii- jeszcze nie zakończyłam i mam wrażenie, że już nie zakończę. Na grobie mi napiszą- jak głosi właśnie Lucynka : „Tu leży ta, co nigdy nie pogodziła się z jąkaniem”.

Największe wrażenie zrobił mnie mnie- na wszystkich- przeczytany przez młodego autora – wiersz o jąkaniu. O odczuwaniu jąkania. O przeżywaniu go, kiedy się ono dzieje. Piękny! Tragicznie piękny. Wnętrzności na wierzchu. Emocje w słowach. Znaczenia zawisły nad nami i dłuższą chwilę były obecne. Żyły. Potem się rozpłynęły.

Ja, oczywiście, wolałabym, żeby ten wiersz – mimo, że piękny – w ogóle nie powstał. Bo ja, jak Słowacki i mało po chrześcijańsku uważam, że cierpienie nie uszlachetnia. Więcej pożytku by było, gdyby go nie było.

Barbara Skarga w książce „Po wyzwoleniu (1944-1956)” opisała swój pobyt w radzieckiej niewoli. Pytana, czy opowiadała swoje powojenne przeżycia ludziom zza żelaznej kurtyny, mówiła, że nigdy nie opowiadała, ponieważ ludzie zachodu, nic by z tego nie zrozumieli, nie znali komunizmu, nie mieliby się do czego odnieść. To byłaby dla nich fikcja, abstrakcja.

Podobnie, jakiś pisarz, który relacje o holokauście znał z opowiadań ojca, na spotkaniu autorskim, o zagładzie właśnie, zobaczył, że ludzie z uśmiechem słodzą kawę, smakują winogrona i szukają wzrokiem sernika. Przyszli się rozerwać, czekają na przyjemność.

Wracałam autobusem z tego spotkania, po całym dniu. Padało, było bardzo zimno. Na kolejnym przystanku stała niewidoma dziewczyna. Znam ją z widzenia, z przejazdów właśnie. Przystanek był pusty. Najbliższe niej drzwi, zamknięte. Nie wiedziała, czy ma wsiąść. Odwracała głowę w lewo i w prawo, i rzucała pytanie: „Przepraszam, jaki to autobus?”. Ale nie miał jej kto odpowiedzieć, bo nikogo tam nie było. Nikt nie czekał, nie wsiadał, nie wysiadał. Przesuwała się w różne strony i  zwracając twarz, jakby do kogoś, powtarzała pytanie: „Przepraszam, jaki to autobus?”. Ale tam nikogo nie było! Widziałam to z wnętrza autobusu. Miotającą się dziewczynę, dziwnie długo czekającego kierowcę, zmęczonych i obojętnych widzów – pasażerów. Nie pomogłam jej. Mogłam wstać, otworzyć drzwi i wypowiedzieć numer autobusu. Mogłam? Akurat właśnie nie mogłam. Nie zależało mi na większym widowisku. Ona zostanie, a wszystkie myśli skupią się na mnie. Choć pewnie tylko moje myśli, bo obojętność wszystkich była wzorcowa: „Kiedy wreszcie pojedziemy?”.

Wyobraziłam sobie taką prawdopodobną sytuację: otwieram drzwi, zaczynam się jąkać, kierowca, w lusterku, na wypowiedzenie numeru daje mnie/sobie czas, trzy sekundy, dziewczyna nie wsiada, znaczy nie chce, zamyka drzwi, rusza. Zostaję z pierwszą sylabą pierwszej cyfry numeru na ustach. Pomogłabym? Niestety kontakt jąkały z niewidomym nie należy do łatwych, ani pożądanych. Coś tak, jak przez telefon.

Zawsze powtarzam, że najlepiej być młodym, pięknym, zdrowym i bogatym. Nie jąkać się, ani nie być nie widomym.

I zdania nie zmienię.