Tak pisać, żeby nie napisać

Mam kłopot.

Mój blog tak się wypozycjonował, że pokazuje się nie tylko na hasło „jąkanie”, ale również po wpisaniu mojego nazwiska. Mój „genialny” pomysł, utrudnienia  znalezienia tropu przypadkowemu czytelnikowi, poprzez łączną pisownię imieniainazwiska,  działał na początku. Obecnie, po prawie dwóch latach istnienia bloga, nie działa. To nie wszystko. Blog ukazuje się również po wpisaniu tak – wydawało by się – nie związanych z nim haseł jak: „żołnierze wyklęci”, „egzamin na przewodnika”, czy frazy „i nad naszą ulicą zaświeci słońce”. Nie przechytrzyłam internetu, niestety. Chciałam, żeby moje przemyślenia trafiały wyłącznie do ludzi zainteresowanych problemem, a trafiają na oślep.

W czym problem? W tym, że mam związane ręce. Zależy mi na obecnej pracy. Bardzo mi zależy. Pisanie o sobie w obecnym kontekście przestało być dla mnie bezpieczne. Nie mogę – nie chcę – odkrywać się dzisiaj, teraz, aktualnie- to po pierwsze. A po drugie- nie żyję na Księżycu. Jestem otoczona ludźmi i funkcjonuję w konkretnym środowisku. Pisać o swoich przygodach, to znaczy dotykać pośrednio ludzi, którzy w tych przygodach uczestniczą. Którzy tych „przygód” słuchają. Pisać o swoich reakcjach, to znaczy pisać też o reakcjach innych. Od paru miesięcy zastanawiam się jak by tu o czymś napisać, żeby nie napisać… I nie piszę wcale.

Każdy na zdjęciu najpierw szuka siebie. Choćby było na nim trzydzieści osób, jeżeli ja wyszłam źle, zdjęcie jest beznadziejne. Nie ważne, że koleżanki wyszły dobrze. Jest beznadziejne, ponieważ ja wyszłam źle. To nic, że głównym tematem bloga jest jąkanie. Dla każdego, głównym tematem bloga będzie on sam. Prześlizgnie się  po wyrazach i wyłowi zdanie o sobie. To nic, że będzie wyrwane z kontekstu. To będzie jedyna warta uwagi myśl. Tą nieplanowaną konsekwencją jestem związana. Tego ubocznego efektu nie chcę i nie potrzebuję.

Byłam wczoraj- no właśnie, jak podam nazwę imprezy, wyrazy dołączą do kolejnych haseł wyszukiwawczych. Więc, byłam wczoraj na cyklicznej imprezie promującej, na co dzień niedostępne, zakątki Krakowa. Impreza była pomyślana tak, że powtarzał się wykład, a zmieniali się słuchacze. Grupy na miejsce doprowadzała organizatorka, przedstawiała prowadzącego i przekazywała mu głos. Prowadzącym był- pierwszy raz słyszałam- człowiek z dużą kulturą osobistą, znawca Krakowa, ale nie promujący się tak namolnie jak para innych krakauerów- pan Krzysztof J. I on sobie poradził. Gorzej było z organizatorką.

Młoda, fajna dziewczyna, nie jąkała się. Coś jednak było na rzeczy, bo wypadła źle. Stosowała: yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Po każdym zdaniu, dwa razy, długo wymawiała – yyyyy. A przecież nie miała do powiedzenia niczego trudnego, ani odkrywczego, czego by nie pamiętała. Po trzeciej parze „y” z ostatniego rzędu zaczęło się głośne przedrzeźnianie. Mnie sparaliżowało. Dwóch facetów, nie nastolatków, z ostatniego rzędu darło się: yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy, yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. A przecież była to impreza kulturalna. Nie było tam przypadkowych ludzi. Sami zainteresowani. Musieli tak reagować? Dziewczyna udawała, że nie słyszy, ale ja w to nie wierzę. Skoro ja słyszałam, słyszała i ona. A inni? Innych może to nie ruszyło. Nie zwrócili uwagi. Może. Dla mnie słuchanie przedrzeźniania, to była męka. Nienawidzę ludzi, którzy tak beztrosko dowalają innym. Pewnie sami czują się wtedy lepiej, chociaż powinni czuć się źle. Dla mnie smutny jest kontrast pomiędzy sytuacją, a reakcją. Taka reakcja, w takim miejscu była dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Nie pasowała.

We mnie, sposób mówienia tej dziewczyny powodował zażenowanie, budził niepokój. Najgorzej było, kiedy zaanonsowała: – „Przedstawiam pana- imię i nazwisko”- i zamiast kontynuować, który jest- cośtamcośtam- wstawiła, dwa razy, nieprawdopodobnie długie – „yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy”. Może tylko ja- z racji jąkania- tak to przeżywałam, ten jej sposób mówienia. Może inni, oprócz przedrzeźniaczy w których wzbudziła agresję, przeżywali mniej. Może nawet było im to obojętne.

Myślę sobie tak. Dawniej było mniej raków, bo ludzie żyli krócej, mniej rozwodów, bo istniały różne formy przymusu, mniej jąkających się, ponieważ byli niewidoczni. Obecnie – jak wszyscy „inni”- też uważamy, że możemy, że mamy prawo. I – jak wszyscy – jedno życie. Innego nie będzie. Za sto lat ludzie się przyzwyczają do jąkania. Może nawet je zaakceptują. Przy okazji ogólnego „wybijania się na niepodległość” uświadamiam sobie jak wiele jest wad wymowy, problemów komunikacyjnych.

Może więc nie jesteśmy aż tacy wyjątkowi.