Oświadczenie Wydawnictwa Edukacyjnego Sp.zo.o. w sprawie polskiego wydania książki Doreen Lenz Holte Głos odzyskany.

Tatiana, tłumaczka i współtwórca polskiego wydania książki „Głos odzyskany” przeprowadziła merytoryczną dyskusję z Wydawcą i uzyskała stosowne oświadczenie Wydawcy, które ja, gratulując Tani wytrwałości i przekonania o słuszności własnych argumentów, zamieszczam na blogu, jako kontynuację poprzednich dwóch wpisów oraz, żeby możliwie dużo osób zapoznało się z jego treścią.

W związku z dołączonymi do polskiego tłumaczenia „Głosu odzyskanego” Doreen Lenz Holte przypisów autorstwa p. Reginy Panaś, które:
– stoją w całkowitej sprzeczności z ideą książki oraz manipulują jej treścią,
– uznało za szkodliwe i błędne merytorycznie szereg osób ze środowiska osób jąkających się i środowiska terapeutycznego,
– uznane zostały za nieetyczną reklamę jednego z ośrodków terapii mowy,
zostało uzyskane od Wydawnictwa poniższe oświadczenie.
Czytelnicy książki „Głos odzyskany” proszeni są o zapoznanie się z tym oświadczeniem oraz ignorowanie wspomnianych przypisów.

Tatiana Sokala

 

Oświadczenie Wydawnictwa Edukacyjnego Sp. z o.o.
w sprawie polskiego wydania książki Doreen Lenz Holte Głos odzyskany.
Poradnik dla rodziców dzieci jąkających się

 

Niezmiernie nam przykro, że komentarze zawarte w przypisach do polskiego wydania Głosu odzyskanego zostały odebrane przez część osób ze środowiska jąkających się oraz logopedów zajmujących się nowoczesną terapią jąkania jako poważne błędy merytoryczne i brak zrozumienia przesłania książki.

Głos odzyskany  jest piękną i pouczającą pozycją. We wstępie jest  to wyraźnie zaznaczone. Chodziło nam o zasygnalizowanie innych stanowisk niż przyjętego w książce – przyznaję, być może daliśmy niezbyt fortunne przykłady – jednak chodziło tylko o sygnał – jak w praktyce wyglądają realia – bowiem trudno zaprzeczyć, że codzienna praktyka w tej dziedzinie pozostawia zapewne jeszcze w licznych przypadkach wiele do życzenia. Naszym celem nie było pouczanie ani dawanie wykładni postępowania – lecz zasygnalizowanie polskiemu czytelnikowi – czego może się również spodziewać rodzic, oddając dziecko terapeucie.  Naszą intencją absolutnie nie było kwestionowanie najnowszych trendów w balbutologii.

Absolutnie też nie zamierzaliśmy krytykować rodziców dzieci jąkających się – z całą pewnością nie było to zamiarem autorki komentarzy, tym bardziej że problemu niepłynności doświadczyła sama, gdy jej syn był w drugiej klasie szkoły podstawowej. Było to zresztą bezpośrednim impulsem dla podjęcia przez nią studiów i – po ich ukończeniu – rozpoczęciu pracy w tym zakresie.

Przyznajemy, z przypisów rzeczywiście wyłania się bardzo jednostronny – jak na dyskusję – głos. Przypisów tych nie ma zbyt wiele, w większości ograniczają się do krótkich, jednozdaniowych komentarzy, nie sądziliśmy, że ich treść będzie potraktowana jako tak bardzo narzucająca się. Czy rzeczywiście te uwagi są w stanie przysłonić wymowę sugestywnego przekazu Autorki?

Autorka przypisów nie polemizuje z Głosem odzyskanym. Gdyby tak było nie podjęłaby się napisania krótkiego wstępu będącego afirmacją zawartych w książce p. Holte idei.

Przyznajemy, że być może niektóre sformułowania powinny zostać doprecyzowane, poprzedzone np. przysłówkiem: „przeważnie” lub „niekiedy”…

Pozostałe komentarze mogły być również inaczej sformułowane, jednak nie sądziliśmy, że będą one aż tak krytycznie analizowane i że zaczną żyć swoim własnym życiem – w sytuacji, gdy stanowią absolutnie marginalną część tej publikacji.

Wyrażamy ubolewanie, że w przypisach wymieniony został jeden z polskich ośrodków zajmujących się diagnozą i terapią jąkania, co może sprawić wrażenie jego reklamowania – nie było to w żadnym wypadku intencją Wydawcy.

Niemniej, czujemy się odpowiedzialni za zaistniałą sytuację i bardzo za nią przepraszamy. Dobro dziecka i jego zdrowie psychofizyczne było, jest i będzie dla nas zawsze najwyższą wartością.

Dlatego zobowiązujemy się, że przy najbliższym nakładzie usuniemy kontrowersyjne uwagi albo zastąpimy je bardziej przemyślanym stanowiskiem kogoś o większych kompetencjach w dziedzinie terapii jąkania i tym samym zweryfikujemy bibliografię.

 

dr Adam Ruta
Prezes Zarządu WE

 

 

Głos odzyskany. Koniec.

W dalszej części pokażę, jak dalece przypisy odbiegają od treści. Książka – jak wszystko – ma wiele poziomów. Natomiast przypisy nie trzymają żadnego poziomu. Są oderwane od książkowej rzeczywistości. Są nachalne i irytujące. Nie wyjaśniają niczego.  Nie mówią z książką jednym głosem. Nie współgrają z nią. Pasożytując na książce, żyją własnym życiem.

Rozdział drugi: Nawarstwianie się lęku. Ciężar terapii logopedycznej staje się większy niż samo jąkanie.
Holte: „Eli nie korzystał z żadnej terapii przez prawie rok”.
Przypis: „Podczas terapii jąkania konieczna jest współpraca logopedy z psychologiem oraz stosowanie technik relaksacyjnych (…)”.
Ja: Zostało właśnie napisane, że dziecko w opisywanym czasie, nie korzystało z żadnej terapii. Więc co konkretnie komentujemy? Mało tego, Opiekun Merytoryczny wyprzedza treść  pisząc o „górze lodowej” i uprzedza: „Koncepcja ta jest zasygnalizowana nieco dalej”. Skoro dalej, to może zaczekajmy na Autorkę.
Następnie Holte wylicza wady stosowanych terapii. Opisuje uczestnictwo w dwóch konferencjach National Stuttering Association. Dzieli się poważnymi i uzasadnianymi w tekście dylematami matki: „Wahałam się miedzy zachęcaniem go do korzystania z pełnego zestawu technik mowy a całkowitym niereagowaniem na jego zmagania”, kończy zdanie: „Wyglądało na to, że przymus stosowania technik mowy był większym ciężarem niż samo jąkanie Eliego”.
Przypis: „Psychoterapia i udział w sesjach terapeutycznych są warunkiem wyzbycia się lęków, napięć oraz prawidłowego poznania technik upłynniających mowę (tzw. zasad płynnego mówienia – wg Zmodyfikowanego Programu Psychologicznej Terapii Jąkających się: M. Chęciek).
Ja: Halo! Minnesota! Gdyby zapoznała się Pani w odpowiednim czasie ze Zmodyfikowanym Programem Psychologicznej Terapii Jąkających się, nie miałaby Pani opisywanych problemów ani takich dylematów! Po co biega Pani po świecie! Do nas, do nas! My  mamy  klucz do sukcesu! Przecież to wszystko, to całe jąkanie i terapia, przecież to takie proste jest! W Polsce nie ma z tym żadnego kłopotu. Zapewniamy jasne „mieszanki technik stosowanych w kłopotliwych problemach”. Wprawdzie przypis nr 2 ubolewał, że wielu logopedów to i nawet w Polsce nie zajmuje się jąkaniem. Ale Redaktorzy stanęli na wysokości zadania i jednego pewniaka znaleziono.

Rozdział trzeci: Krótka historia terapii logopedycznej. Skąd się wzięły poszczególne strategie?
Teorie zostały wyłożone dokładnie i jasno. Z zaznaczeniem prac W. Johnsona i Ch. Van Ripera. Przypisy w tym rozdziale, wyjaśniają teorię Van Ripera po swojemu, informują co to jest akronim, zgadzają się z tezą, że do wieku szkolnego na dziecko bezpośrednio wpływać nie należy oraz podają, że teoria Johnsona „jest jedną z teorii rozwojowych języka”. To ostatnie jest dość enigmatyczne. Nic nie mówi. Nic. Przydałby się przypis do przypisu. Chyba, że tak właśnie miało być, zaznaczyć obecność, ale nic nie powiedzieć. Jak gra słów, jak zabawa logopedyczna.

Rozdział czwarty: Dlaczego stereotypowe założenia są niebezpieczne?
To ważny rozdział. Matka zastanawia się dlaczego, skoro jest tak dobrze, jest równocześnie tak źle i snuje na ten temat swoje teorie. Szeroko omawia różnice w wykształceniu amerykańskich logopedów. Przypis stara się odnieść to (wykształcenie logopedów, ich kompetencje, stopnie, certyfikaty) do polskich realiów i kiedy mógłby coś wreszcie naprawdę wytłumaczyć, zawodzi. Zagmatwane zdanie niczego nie objaśnia: „Certyfikat CCC – Certyfikat wydawany przez ASHA w dziedzinie terapii mowy, odpowiednik polskiej „specjalizacji” w zakresie balbutologii (w Polsce brak jest specjalizacji  klinicznej z tego zakresu logopedii; logopedzi mogą starać się o certyfikat). Niestety, nie zrozumiałam dlaczego specjalizacja jest w cudzysłowie ani czego odpowiednikiem na gruncie polskim jest certyfikat CCC i o co mogą starać się polscy logopedzi, a chciałabym zrozumieć. Bo to jest wiedza branżowa, ogólnie nieznana. Przypisy są więc irytujące również dlatego, że wyjaśniają to, co i tak każdy wie. Wyjaśniają wyjaśnione. Trudniejsze sprawy, co udowadniam, i dla przypisów są za trudne.
Co innego, powszechnie znana i lubiana, sentencja Hipokratesa. Tu można poszaleć. Przypis: „Primum non nocere (łac.) – autorstwo tej zasady zgodnie  z tradycją przypisywane jest Hipokratesowi i pochodzi ze zbioru jego Aforyzmów”.
Proszę bardzo! I wszystko jasne.
Kiedy matka dalej rozwodzi się nad tym jak trudno jest przenieść płynną mowę z terapii do życia codziennego, powołując się na świadectwa innych jąkających się, na film „Jak zostać królem”, że Jerzemu VI również trudno było wpleść osiągnięcia terapeutyczne w codzienność, kiedy wskazuje , że terapeuci z jednej strony mówią, że w jąkaniu nie ma nic złego, a zachowaniem (nagradzaniem) temu zaprzeczają, wkracza przypis 21: „W terapii jąkania konieczne jest organizowanie i uczestniczenie w tzw.”turnusach terapeutycznych” (najczęściej dwutygodniowych) oraz wprowadzanie technik płynnego mówienia w mowę kontrolowaną w domu oraz w różnych codziennych sytuacjach, jak również uczestnictwo w tzw. „telefonach terapeutycznych” (regularne, np. półgodzinne rozmowy z terapeutą, ale przez telefon). Obecność osób z najbliższego otoczenia podczas spotkań terapeutycznych jest warunkiem koniecznym do prawidłowej terapii – wg Zmodyfikowanego Programu Psychologicznej Terapii Jąkających się M. Chęcka”.
No, może i tak, ale co to ma wspólnego z przesłaniem tego rozdziału, a zwłaszcza z przesłaniem całej książki? Po co ta dygresja? Przecież tutaj jedno z drugiego w ogóle nie wynika. Kwiatek do kożucha?  W czym jest  jest zbieżność? Jak ma się tekst do przypisu? Nie zawsze musi obowiązywać zasada: Brawo ja! Nie widzicie, Szanowna Redakcjo, żadnej niestosowności w wystosowaniu takiej informacji do czytelnika w tej właśnie, właśnie w tej, książce? Nie widzicie nadużycia? Karykatury? Przecież to się nawet przykro czyta. Twórcy polskiej wersji brną jednak dalej: Przypis 32: „Ośrodkiem zajmującym się kompleksowo diagnozą i terapią jąkania jest np. Specjalistyczne Centrum Jąkania we Włodzisławiu Śląskim”. Dobrnęli.

Książka ma w sumie dwanaście rozdziałów. Ostatnie trzy są prawie wolne od przypisów. Została mi do omówienia ostatnia złota myśl redaktorów, ciężka jak kamień z Ewangelii. Przypis 34: „Świadectwo Ann oddaje istotę problemu przedstawionego w tej książce – mama Eliego nie dość, że zwróciła uwagę chłopca na problem niepłynności i uświadomiła mu fakt jąkania, to jeszcze zwróciła się do „specjalistów” pogłębiających logofobię i objawy niepłynności, co nie dało Eliemu szans na samoistne ustąpienie niepłynności mowy”.
Jak łatwo rzucić kamieniem i otrzepać ręce. Jakie to proste!

Skoro nie należy zwracać uwagi na jąkanie, to dlaczego poleca Pani/Państwo ośrodek w Wodzisławiu Śląskim? Czy tam leczy się przy pomocy czarodziejskiej różdżki? Specjaliści, którzy leczyli Eliego byli dobrymi, starającymi się logopedami. Nie chcieli zaszkodzić chłopcu. Matka też nie chciała. Tak wyszło. Holte nie neguje starań ludzi, robili co mogli, chcieli dobrze, posiadali wiedzę. Biorąc na świadka swoje doświadczenie uważa, że leczenie jąkania w ogóle jest zbędne, nawet szkodliwe. Ale głowy nie da sobie za to uciąć. To jest istota problemu przedstawionego w tej książce. Wątpliwości! Osnową książki są pytania, na które nie ma prostych, tak prostych jak w przypisach, odpowiedzi. Tak jak nie ma jednej odpowiedzi na jąkanie. Jąkanie, terapie, drogi postępowania, wybory, to wszystko jest nieuchwytne, trudne, wymyka się definicjom. Dlatego oprócz logopedów, postępów medycyny i dobrych chęci, wciąż są ludzie jąkający się, jest jąkanie.

Świadectwo Ann, to inna historia, innej matki, innego jąkającego się dziecka. Ann trzymała swoje dziecko z daleka od wszelkich terapii. Pewnie nie pokusiłaby się nawet na zalecany Wodzisław.
Holte o przyjaźni z Ann: „Spędziłyśmy wiele wspólnych chwil, zastanawiając się, które podejście jest dobre dla naszych synów, a które złe”.
Wątpliwości, nie gotowe wzory, oddają istotę problemu przedstawionego w tej książce.

Sama widzę, że zamiast recenzji książki, wyszła mi recenzja przypisów. Cóż, moja gazeta. Opisałam to, co najbardziej boli i  rzuca się w oczy – niezrozumienie pod pozorem zrozumienia.
Ja w ogóle mam wrażenie, że jestem świadkiem dwóch dróg, niekoniecznie zbieżnych, którymi chodzą obecnie polscy logopedzi, czy polska logopedia. Te drogi, z konieczności, czasami na siłę krzyżują się, ale są to dwie odrębne drogi, choć dowodzi się, że takie same. Jak małżeństwo z konieczności. Nie rokuje, ale pewne profity daje. Zgoda pozorna, a każdy i tak robi swoje.
Albo, weźmy chór.  Chór dobry jest wtedy, kiedy słychać jeden głos. Nikt się nie wyrywa, nie wybija, nie fałszuje. Każdy wie co śpiewa i tworzy całość, jest częścią całości, jedności. I potrafi śpiewać.
A, niestety, w „Głosie odzyskanym” przypisy wyszły daleko przed orkiestrę. Słychać straszny fałsz.
Nagrody nie będzie.

 

Głos odzyskany. Poradnik dla rodziców dzieci jąkających się. Początek.

Książkę, z pozycji matki, napisała Doreen Lenz Holte, przetłumaczyła, również z pozycji matki, Tania, a ja, też z pozycji matki, ją zrecenzuję, dodając, że drugim tłumaczem jest  Joachim Ferlin, wydawcą książki jest Wydawnictwo Edukacyjne, a redaktorem merytorycznym – Regina Panaś.
Pozycja ma 120 stron, jest podzielona na rozdziały, zawiera wstęp, wprowadzenie, notę o autorce, bibliografię w języku angielskim, czyli rozumiem, literaturę przedmiotu na którą powołuje się autorka, źródła oraz bibliografię polskojęzyczną, zapewne tą z której korzystał zespół redagujący przypisy, czyli Regina Panaś i Redakcja WE.
„Głos odzyskany” czyta się dobrze, można się z nim zgadzać lub nie. Jest nowatorski, kontrowersyjny, przekorny, a dla polskiego czytelnika jedyny i wyjątkowy. Podstawowym adresatem jest rodzic. Wymiana myśli rozgrywa się między rodzicami  dzieci, które się jąkają. Za treść, za swoje myśli, odpowiedzialna jest autorka. I jej autorskie idee i pomysły, chroni prawo autorskie. Więc można się z jej tezami zgadzać, albo nie. Ale, nie można, pod pozorem zrozumienia, szerzyć niezrozumienie, pod pozorem tłumaczenia treści przypisami, tę treść przeinaczać, pokazywać ją w krzywym zwierciadle. Nie można z autorką zgadzać się i nie zgadzać, równocześnie. Coś jednak należałoby wybrać, ponieważ z fajnej książki, dającej do myślenia, powstał dziwny zlepek, przekładaniec treści i przypisów, niekoniecznie kompatybilnych. Przypisy mają za zadanie, między innymi, zachowanie klarowności tekstu podstawowego. Nasze przypisy natomiast, czasami zamazują treść i pogłębiają jej niezrozumienia. Oczywiście uogólniam, kilka przypisów jest nieszkodliwych, ale na tyle obojętnych dla treści, a dla czytelnika oczywistych, że zastanawiam się, po co? Co Wydawca chciał osiągnąć poprzez  zamieszczenie niezrozumiałych często przypisów, pod zrozumiałą przecież, dla przeciętnie inteligentnego człowieka, treścią.
Autorka opisuje drogę, jaką przeszła, pragnąc pomóc jąkającemu się synowi, swoje wrażenia na ten temat i kończy wnioskiem, że terapie nastawione są najczęściej na łagodzenie niepłynności, natomiast największym problemem jąkającego się jest „góra lodowa”, która temu zjawisku towarzyszy. Świat ma problem z jąkaniem, jąkający się, oczywiście też, ale to co nas zabija, to są nasze wewnętrzne stany emocjonalne. Omawiana lektura to jest subiektywny dokument, pamiętnik matki, która poświęciła sprawie mnóstwo czasu i uwagi, spotkała się z wieloma ludźmi, czytała fachowe teksty, uczestniczyła w wydarzeniach, poznała środowisko i swoje myśli przekazała, pod rozwagę innym.
We wstępie tłumaczy, dlaczego książka jest ważna: ponieważ większość terapii logopedycznych to porażki, logopedzi, chociaż chcą pomóc, sami czują, że czegoś tu brakuje, że rodzice muszą być wsparciem dla dziecka i powinni wybierać terapie bardziej świadomie, lub równie świadomie, w ogóle z nich rezygnować. Książka ma być impulsem do myślenia. Autorka pragnie też poszerzyć wiedzę terapeutów, chce im pomóc w szukaniu i odkrywaniu rozwiązań.
Przyznaje, że poświęciła wiele czasu i trudu towarzysząc synowi w pięcioletnich zmaganiach terapeutycznych. Dla zobrazowania przytacza wiersz J.M. Olson. Dopóki tak bardzo się starała wyrwać dziecko z jąkania, jej działania nie przynosiły rezultatu, lub odwrotny od zamierzonego. Odpoczęła, kiedy wsłuchała się w swoje dziecko, kiedy oboje znaleźli się po tej samej stronie.
Wstęp jest okraszony okraszony dwoma zbędnymi, acz nieszkodliwymi, przypisami. Pierwszy przypis merytoryczny brzmi: „W Polsce jąkanie również jest tematem rzadko podejmowanym przez logopedów”. Zważywszy na to, że po książkę sięgną ludzie dogłębnie zainteresowani tematem, taka informacja wywołuje co najwyżej lekki uśmiech: „No, i”? Natomiast, „Fundacja Jąkania”, to już niczego nie wywołuje.
Bardzo podoba mi się iście amerykańska nota od amerykańskiego Wydawcy. Ogólna, poprawnościowa regułka, że są to przydatne informacje dla wszystkich zainteresowanych, oni zaś, jeżeli ktoś, coś, źle zrozumie, nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Dostajesz czytelniku książkę, to ją czytaj i myśl. Zmierz się z nią. To nie są wytyczne do działania. To nie jest reklama niczego, tym bardziej nikogo, nawet źródeł, z których korzystał autorka. My ci dostarczamy, przydatnych być może, informacji.
Dużo mniej podoba mi się wstęp do wydania polskiego, w którym obok trafnej rekomendacji, że jest to „doskonałe studium sytuacji rodziców dziecka jąkającego się” pojawia się teza, że książka: „Pokazuje, jak istotne jest uświadamianie rodziców w kwestii rozwoju mowy ich dzieci, aby mogli w odpowiednim momencie i w odpowiedni sposób zareagować i udać się do specjalisty”. Ups! Zastanawiam się, w którym miejscu książka to pokazuje, bo ja nie znajduję w treści żadnego poparcia na tak sformułowaną tezę. A ja czytam ze zrozumieniem.
I największy kontrast między przesłaniem Wydawców. Amerykański odżegnuje się od polecania czegokolwiek. Wszystko na własną odpowiedzialność. On daje myśl na papierze, daje książkę. Polski Wydawca dorzuca w prezencie gotowe rozwiązanie: „Na szczęście działa też kilka ośrodków terapeutycznych, które można stawiać za przykład i polecać rodzicom oraz terapeutom, chcącym zdobywać i pogłębiać swoją wiedzę w tym zakresie”. Mówisz – masz.

Rozdział pierwszy. Utrata głosu. Początek podróży z terapią logopedyczną.
Kluczowym momentem tego rozdziału jest zdanie: „Pamiętam, jak przed nim uklękłam i wytłumaczyłam, że poszukamy dla niego pomocy, ponieważ wydaje się, że mowa sprawia mu trudność. Nigdy nie zapomnę jego zdezorientowanego wyrazu twarzy. Wyraźnie nie miał pojęcia, o czym mówię … poczułam wówczas, ze przekroczyłam granicę, której być może nie należało przekraczać”. Zdanie uderza rodzica z siłą pioruna, nie pozostawia jednak czasu na osobistą refleksję, ponieważ numerek z miejsca odsyła do przypisu. Ale ten przypis jest wyjątkowo dobry. Hamuje emocje i pozostaje w zgodzie z intencją autorki.
Miłym zaskoczeniem dla wnikliwego czytelnika  jest informacja (przypis), że polski „czas specjalny” jest lepszą wersją amerykańskiego „specjalnego czasu”. Amerykański specjalny czas to ćwiczenia logopedyczne, polski, spędzanie z dzieckiem czasu na zabawie. Niezobowiązujące bycie razem. Słodko – gorzkie są relacje matki z przeprowadzania z synem zadanych ćwiczeń. Kto kiedykolwiek, cokolwiek ćwiczył z własnym dzieckiem, wie o czym mowa: „Mnie samej trudno było wytrzymać te ćwiczenia dłużej niż minutę, jak więc mogłam się spodziewać, że mój pięcioletni syn da sobie radę”. Dalej, Autorka stwierdza, że efekty terapii były smutne: „Mówił coraz mniej, wstrzymywał się i poddawał w środku zdania, zwłaszcza gdy koledzy mu przerywali”.
Przypis: „Wzmagał się lęk przed mówieniem i świadomość zaburzenia”. No, i?
Jądrem pierwszego rozdziału jest uświadomienie sobie przez matkę, że wspólne spędzanie czasu z dzieckiem jest czymś znacznie ważniejszym niż jąkanie: „(…) powiedziałam naszej terapeutce, jakie to było wspaniałe [to, że Eli powiedział co chciał powiedzieć, że matka mu nie przerwała terapeutyczną komendą, rozmawiali o czymś, nie tylko po coś, że dziecko się otworzyło, snuło plan, było chętne do działania, jak mówiło tak mówiło ale mówiło, akurat wtedy mówiło bardzo dobrze, widocznie sytuacja pozwoliła zapomnieć mu na chwilę o jąkaniu – mój przypis] a ona zapytała mnie, czy chwaliłam jego płynność mowy. Byłam wstrząśnięta. Jednym z powodów było to, że ona nigdy wcześniej nie sugerowała, żebym to robiła. Innym powodem było przeczucie, że wykorzystanie podobnego momentu do terapii byłoby najgorszą rzeczą, jaką mogłabym zrobić”.

A teraz bomba! Autorka, czy autorzy przypisu („Przypisy – redaktor merytoryczny, Regina Panaś oraz Redakcja WE”) pozornie zgadzając się z autorką, kompletnie zaprzeczają jej słowom. Skupiają się wyłącznie na pierwszym wniosku matki: „(…) ona nigdy wcześniej nie sugerowała, żebym to robiła”. Przypis: „Widać tu wyraźnie rolę terapeuty w uświadamianiu rodziców podczas terapii. Nie dla każdego bowiem rodzica oczywiste są relacje (np. pochwała), które terapeutom wydają się wręcz intuicyjne, nie informują więc o takich działaniach opiekunów dziecka”. Po pierwsze nie wiem czy relacje, czy reakcje, ale to nieważne.
Ważniejsze jest zadziwiające niezrozumienie ducha tekstu. Zupełnie chybiony komentarz. Sprzeczność z ideą autorki. Toż autorka pisze właśnie o tym, że gdyby wtedy pochwaliła syna za płynną mowę, popełniłaby niewybaczalny błąd: „(…) wykorzystanie podobnego momentu do terapii byłoby najgorszą rzeczą, jaką mogłabym zrobić”. Matka nie jest wstrząśnięta tym, że logopedka zapomniała o instrukcji. Tym mniej. Prawdziwie wstrząśnięta jest tym, że kobieta nie rozumie, że pod flagą terapii jąkania nie można całego życia obracać w ruinę i zgliszcza. Nie można z jąkania robić boga.

Tak więc pierwszy rozdział kończy się, nie zapowiadającym nic dobrego, zgrzytem na linii Autor – Wydawnictwo. Książka jest obszernym zbiorem pomysłów i tematów, i będzie mi towarzyszyła w kolejnych przygodach z blogiem.
Wnioski na dziś:
1. Jeżeli coś jest dobre, to może nie należy już bardziej „ulepszać”.
2. Całe szczęście, że Doreen Lenz Holte nie zna polskiego. Myślę, że nie byłaby zadowolona polskim obrotem sprawy. Uważam  nawet, że mogłaby być z tego ostra granda.
3. Wiecznie żywe jest przysłowie: „Strzeż nas, Boże, przed fałszywymi przyjaciółmi…”

Książkę, oczywiście polecam!

Eli z polskim przekładem książki.

Eli z polskim przekładem książki.