O zjeździe, kilka refleksji

Październikowy zjazd w Krakowie (ubiegłoroczny zjazd, ups!) był poświęcony – głównie i najbardziej – samopomocy.

Po zjeździe mam takie refleksje:

  1. Samopomoc jest ważna, bo jest to społeczność/społeczeństwo w pigułce – to raz, a dwa, że my się dobrze rozumiemy, ponieważ współprzeżywamy i współodczuwamy.
  2. Minęło trzydzieści lat od założenia Klubów J – towarzyszymy sobie w „drodze” i są to znajomości, a czasem przyjaźnie, które były, są i będą. I to jest piękne.
  3. Każdy jakoś to jąkające się życie przeżył i dalej przeżywa. Czyli, każdy jakoś poradził sobie z jąkaniem. (Mówię o moich rocznikach.) Ale jest to proces, praca – różna praca, jak różne mamy charaktery, temperamenty, doświadczenia, możliwości, okoliczności.
  4. Każdy z nas przeszedł długą, daleką drogę (z ciężkim bagażem). Naprawdę, kiedyś byliśmy w punkcie A, a teraz jesteśmy w punkcie B. Niektórzy szczęśliwi i spełnieni. Niektórzy pogodzeni po prostu.

Ponieważ znamy się tak długo obserwuję po sobie i kolegach, że jąkamy się jednak coraz mniej. Wszyscy – mniej, niektórzy znacząco mniej, niektórzy już bardzo mało, albo prawie wcale.

Dożyłam czasu, kiedy (cóż, nie jestem już całkiem zdrowa, a każda niezdrowość ogranicza i psuje jakość życia) po raz pierwszy pomyślałam: wolę jąkanie niż „to”. Jąkanie to nie problem. Zawsze było: Wolę wszystko inne niż jąkanie. Dosłownie – wszystko! No, już nie wolę … Wiem, dla młodszych to żadna pociecha, ale widziałam też młodych ludzi, którzy bardzo ogarnęli się z jąkaniem, mimo, że jedynie ono im dolega. Bardzo mnie to ucieszyło!

Po raz pierwszy też pomyślałam, że jąkanie to nie samo zło. Być może „zawdzięczamy mu”, że MUSIELIŚMY bardziej się starać, musieliśmy coś bardziej, coś więcej, przy całej świadomości, że „motywacja” jest zamordyczna, ponad zwykłą wytrzymałość jednostki.

Rozwinę nieco punkt pierwszy, że my współprzeżywamy. Ktoś, kto nie przeżył wojny, strachu, głodu, nie zrozumie ludzi, którzy  mają takie doświadczenie. Może chcieć zrozumieć, starać się, uważać, że rozumie, może się wczuć, ale to nie to samo. Nie zmierzył się z tym, nie sprawdził się w tym, więc nie wie. Po ostatnim zjeździe, w dyskusjach, przewijał się temat, że jąkający zarzucają logopedom, że nie rozumieją jąkania, nie rozumieją emocji ludzi, którzy się jąkają. Naszych emocji. Jak więc mogą pomóc? To nie tak. W takiej opinii przeważają – złe doświadczenia (tyle się do was wychodziłem i dalej się jąkam!), może zazdrość, (ja tam zazdroszczę logopedom fajnego mówienia, wszystkim zazdroszczę fajnego mówienia, zresztą nie tylko tego), a może inne rzeczy …  Uważam, i chyba jest to oficjalny pogląd, że leczenie / pomoc, terapia logopedyczna nie polega na współodczuwaniu (współprzeżywaniu, współcierpieniu). Logopeda ma wiedzieć, wierzyć w to, co robi, być zaangażowanym, chyba niekoniecznie … emocjonalnie, nie musi współodczuwać. Logopeda to zawód, a Kluby/Grupy to spędzanie wolnego czasu. To jest inna pomoc, a to – inna. Inny rodzaj, inne świadczenie.
Moja koleżanka została pediatrą, nie psychiatrą dziecięcym, ponieważ sama – trochę „rąbnięta” mówiła: ja tym dzieciom nie pomogę, bo ja je za bardzo rozumiem. Albo się rozumie, albo pomaga.

Ostatnio zaczęłam znowu chodzić na spotkania samopomocowe. Kasia Macios mnie zmotywowała. Przyjechała z Kielc, a ja mam Grupę J … po drugiej stronie ulicy.

Poza tym – coś nas ciągnie – przynajmniej okresowo – do uczestnictwa.

Hobby zwane jąkaniem.