O zjeździe, kilka refleksji

Październikowy zjazd w Krakowie (ubiegłoroczny zjazd, ups!) był poświęcony – głównie i najbardziej – samopomocy.

Po zjeździe mam takie refleksje:

  1. Samopomoc jest ważna, bo jest to społeczność/społeczeństwo w pigułce – to raz, a dwa, że my się dobrze rozumiemy, ponieważ współprzeżywamy i współodczuwamy.
  2. Minęło trzydzieści lat od założenia Klubów J – towarzyszymy sobie w „drodze” i są to znajomości, a czasem przyjaźnie, które były, są i będą. I to jest piękne.
  3. Każdy jakoś to jąkające się życie przeżył i dalej przeżywa. Czyli, każdy jakoś poradził sobie z jąkaniem. (Mówię o moich rocznikach.) Ale jest to proces, praca – różna praca, jak różne mamy charaktery, temperamenty, doświadczenia, możliwości, okoliczności.
  4. Każdy z nas przeszedł długą, daleką drogę (z ciężkim bagażem). Naprawdę, kiedyś byliśmy w punkcie A, a teraz jesteśmy w punkcie B. Niektórzy szczęśliwi i spełnieni. Niektórzy pogodzeni po prostu.

Ponieważ znamy się tak długo obserwuję po sobie i kolegach, że jąkamy się jednak coraz mniej. Wszyscy – mniej, niektórzy znacząco mniej, niektórzy już bardzo mało, albo prawie wcale.

Dożyłam czasu, kiedy (cóż, nie jestem już całkiem zdrowa, a każda niezdrowość ogranicza i psuje jakość życia) po raz pierwszy pomyślałam: wolę jąkanie niż „to”. Jąkanie to nie problem. Zawsze było: Wolę wszystko inne niż jąkanie. Dosłownie – wszystko! No, już nie wolę … Wiem, dla młodszych to żadna pociecha, ale widziałam też młodych ludzi, którzy bardzo ogarnęli się z jąkaniem, mimo, że jedynie ono im dolega. Bardzo mnie to ucieszyło!

Po raz pierwszy też pomyślałam, że jąkanie to nie samo zło. Być może „zawdzięczamy mu”, że MUSIELIŚMY bardziej się starać, musieliśmy coś bardziej, coś więcej, przy całej świadomości, że „motywacja” jest zamordyczna, ponad zwykłą wytrzymałość jednostki.

Rozwinę nieco punkt pierwszy, że my współprzeżywamy. Ktoś, kto nie przeżył wojny, strachu, głodu, nie zrozumie ludzi, którzy  mają takie doświadczenie. Może chcieć zrozumieć, starać się, uważać, że rozumie, może się wczuć, ale to nie to samo. Nie zmierzył się z tym, nie sprawdził się w tym, więc nie wie. Po ostatnim zjeździe, w dyskusjach, przewijał się temat, że jąkający zarzucają logopedom, że nie rozumieją jąkania, nie rozumieją emocji ludzi, którzy się jąkają. Naszych emocji. Jak więc mogą pomóc? To nie tak. W takiej opinii przeważają – złe doświadczenia (tyle się do was wychodziłem i dalej się jąkam!), może zazdrość, (ja tam zazdroszczę logopedom fajnego mówienia, wszystkim zazdroszczę fajnego mówienia, zresztą nie tylko tego), a może inne rzeczy …  Uważam, i chyba jest to oficjalny pogląd, że leczenie / pomoc, terapia logopedyczna nie polega na współodczuwaniu (współprzeżywaniu, współcierpieniu). Logopeda ma wiedzieć, wierzyć w to, co robi, być zaangażowanym, chyba niekoniecznie … emocjonalnie, nie musi współodczuwać. Logopeda to zawód, a Kluby/Grupy to spędzanie wolnego czasu. To jest inna pomoc, a to – inna. Inny rodzaj, inne świadczenie.
Moja koleżanka została pediatrą, nie psychiatrą dziecięcym, ponieważ sama – trochę „rąbnięta” mówiła: ja tym dzieciom nie pomogę, bo ja je za bardzo rozumiem. Albo się rozumie, albo pomaga.

Ostatnio zaczęłam znowu chodzić na spotkania samopomocowe. Kasia Macios mnie zmotywowała. Przyjechała z Kielc, a ja mam Grupę J … po drugiej stronie ulicy.

Poza tym – coś nas ciągnie – przynajmniej okresowo – do uczestnictwa.

Hobby zwane jąkaniem.

 

 

37 uwag do wpisu “O zjeździe, kilka refleksji

  1. Danka! Podpisuję się pod wszystkim. Prawie;)

    Też nie tak dawno pomyślałam, że są gorsze rzeczy niż jąkanie. Że ono jest jednak nieporównywalne z przerażająco lawinowym natarciem choroby, bezpośrednim zagrożeniem życia, otarciem się o śmierć, która w ułamku sekundy może znaleźć się tak nierealnie blisko…

    To prawda, że jak się samemu czegoś nie doświadczyło, to można się tylko DOMYŚLAĆ, co się wtedy czuje. A domysły najczęściej mają się nijak do rzeczywistości.

    Jednak uważam, że zaangażowanie emocjonalne sprzyja lepszemu wykonywaniu pracy, dajemy wtedy z siebie więcej, bo mamy większą motywację. I nie wyobrażam sobie nie angażować emocji w pracę z ludźmi…
    Oprócz wiedzy i zaangażowania od terapeuty jąkania, oczekuję wyobraźni, empatii i zrozumienia. Myślę, że inteligencja emocjonalna w zawodzie terapeuty jest konieczna. Bez niej działania będą nieefektywne. Terapeuta nie ma współcierpieć, ale ma to cierpienie rozumieć (i pomóc klientowi się od niego uwolnić). Każdy jest inny, więc konieczne jest indywidualne podejście, dostosowane do konkretnej osoby. A żeby wiedzieć, jaki jest klient i jego oczekiwania, trzeba empatii i zrozumienia. Terapeuta nie ma „się rozkleić” nad klientem, bo to byłoby nieprofesjonalne i bezsensowne. Nie chodzi o to, żeby terapeuta czuł to samo, tylko żeby miał świadomość, co odczuwa jego klient (do tego trzeba empatii). Znał mechanizmy, przewidywał konsekwencje, wyznaczał indywidualne cele, uwzględniał typ osobowości, wykorzystywał naturalne skłonności i korzystał z tego w terapii. Rozpędziłam się?:)

    • Trochę się rozpędziłaś. Ale to jest takie Twoje, Taniu. Że tak powiem … rozumiem Cię.
      A, dla kontrastu, wpisałam „logopedia studia” o oto:
      Studia kwalifikacyjne, wymagane przygotowanie pedagogiczne oraz opinia logopedy o możliwości podjęcia studiów na kierunku logopedia stwierdzająca brak jakichkolwiek przeciwwskazań do podjęcia studiów logopedycznych, w tym brak jakichkolwiek zaburzeń mowy i wad zgryzu.
      Absolwent uzyskuje pełne kwalifikacje logopedy – terapeuty mowy. Uprawnia to do zajmowania stanowiska w placówkach oświatowych, resorcie zdrowia i kultury, prowadzenia wczesnego wspomagania rozwoju dziecka w zakresie komunikacji oraz prowadzenia własnych gabinetów logopedycznych.
      Z naciskiem na pełne!
      Powinno się nazywać Logopedia Poprawnozgryzowa.
      A, może jąkanie jest już wyłączone z logopedii, tylko my jeszcze o tym nie wiemy.

      • Właśnie to co napisałaś Danusiu, wg mnie wskazuje, że logopedzi nie rozumieją istoty jąkania. Jąkanie zakwalifikowali jako wadę wymowy (i w swoich terapiach „leczą” wymowę). To nieporozumienie. Dlatego leczą, leczą i nikogo nie wyleczyli (bo nie leczą istoty problemu). Wg mnie jąkanie nie jest wadą wymowy (mimo, że objawia się w mowie). Tak jak, np. zmiany na skórze mogą być objawem chorej wątroby. Wtedy leczenie skóry (bez leczenia wątroby) nigdy nie przyniesie rezultatu.

      • Jąkanie jest TEŻ wadą wymowy. Objawy jąkania są wadą wymowy. Logopedzi to pojemne zjawisko. Są i świetni – wnuk mojej koleżanki (3 lata) przestał się jąkać, otrzymał pomoc. Ktoś świadomy i profesjonalista jest logopedą i nauczycielka, bo brakuje godzin – też jest logopedą. O, ja mam dwa stopnie kursu masażu leczniczego (mam różne kursy) – mogę pogłaskać po plecach, ale czy kogoś przez to „postawię na nogi”, nie sądzę.
        Pamiętam, poszłam z moim synem do logopedy, ze dwadzieścia lat temu. I logopedka po „diagnozie” napisała w książeczce zdrowia: Nie ma jąkania. Jest – nie ma, jest – nie ma, jak światło w lodówce …
        Ale obecnych logopedów, z prawdziwego zdarzenia, czyli logopedów od jąkania – bo przecież my cały czas mamy na myśli balbuto logopedów, reszta tak naprawdę nas nie interesuje, cenię i szanuję i wierzę w ich profesjonalna moc.
        Nam się cieniem kładzie dzieciństwo, a to nie jest wyłącznie „zasługa” logopedów, wiele rzeczy było – nie tak.

  2. I właśnie dlatego osoby jąkające mają słuszne poczucie, że chodzenie na terapię logopedyczną niczego nie zmienia i nie ma sensu, bo nie otrzymują pomocy. Właśnie ten system kwalifikowania jąkania jako „wady wymowy” i kształcenie logopedów pod tym kątem jest przyczyną tego kuriozum. Źródłem frustracji i dla klienta i dla logopedy.

    Na UMK w Toruniu powstaje nowy kierunek – logopedia, przy filologii, a jakże. Jednak, przy współudziale Wydziału Nauk O Zdrowiu. Kiedy w dyskusję o programie nauczania i efektach kształcenia włączają się profesorowie psychologii znika rutynowe i stereotypowe postrzeganie tego kierunku !!! 🙂 (Zobaczymy, co z tego wyniknie).
    Może już niedługo terapeutą jąkania będzie mógł być tylko psycholog, a nie filolog…
    I że może wcale się nie rozpędziłam, tylko tak powinno być;)

    • Jąkanie nie jest wadą wymowy, bo nie wady aparatu mowy są przyczyną jąkania. Objawia się w mowie, ale nie w mowie jest jego istota. Zdarza się, że jąkający też ma wady aparatu mowy (tak jak wielu ludzi ma takie wady, bez względu czy się jąkają czy nie). I wtedy warto (trzeba) ćwiczyć wymowę i dykcję (zresztą zawsze warto ćwiczyć dykcję). Jąkający może mieć też różne inne przypadłości (np. neurologiczne), które jeszcze bardziej zaciemniają sprawę. Jąkanie powinni leczyć głównie psychologowie (a w przypadku innych dolegliwości również inni, odpowiedni specjaliści). Wielu tzw. balbuto-logopedów stało się też psychologami (ponieważ chcą naprawdę pomagać ludziom). Jest na świecie wielu ludzi (w tym logopedów), którzy nie maja dyplomów, ale są psychologami. Ja osobiście nie znam współczesnych logopedów leczących jąkanie (podobno to już nie to samo co było gdy byłem młody). Pamiętam jeszcze logopedów z mojej młodości, a wtedy to był nacisk prawie głównie na ćwiczenia wymowy. Może i stąd moje nastawienie do logopedów „leczących” jąkanie. I nie chodzi o współodczuwanie tylko o zrozumienie istoty sprawy (w naszym przypadku jąkania). A osoby nie jąkające się słysząc ludzi jąkających się sądzą, że problemem jest mowa, uważają, że to wada wymowy i „leczą” wymowę. A to nieporozumienie.

      • Jąkanie obezwładnia mowę, dlatego zawsze będzie traktowane jak wada wymowy, jąkanie kojarzy się z mową, to znaczy, że jest to wada wymowy. Potocznie, to tak znaczy. Nikt tego, Romanie, i Taniu, inaczej nie zakwalifikuje w kwalifikacjach wszelakich. To jak to inaczej klasyfikować, nazywać? Objaw nerwicy, choroba psychiczna?
        Oprócz tego, (oprócz jąkania) ja mam świetną dykcję, wymawiam wszystkie głoski i nie mam żadnych problemów fonetycznych. Mało tego, często potrafię „oszukać” swoją złotoustością. Słuchacze na konferencji, gdzie występowałam, daliby sobie głowę uciąć, że ja nie mam żadnego problemu związanego z mową. Gajewska się jąka? A, w życiu! Na pewno, nie. Sam słyszałem. Mogę poświadczyć.
        A kiedy po diagnozie: Nie ma jąkania, poszłam jednak z synem do logopedki (młodej, przed doktoratem i fajnej) i jak ona wyciągnęła wierszyki i monologi z zaznaczoną intonacją, to zwątpiłam i mój syn też zwątpił: – Ty się leczyłaś i się jąkasz. Ja się nie będę leczył i też się będę jąkał. – Prorocze słowa, niestety.

  3. Danusiu, słuchacze daliby sobie głowę uciąć, że nie masz problemu związanego z mową, bo… nie masz żadnego problemu z mową. Moim zdaniem trafiłaś w sedno – jest to nerwica. Tak jak jest nerwica serca, nerwica żołądka, tak my mamy nerwicę mowy. Złagodzenie naszej nerwicy natychmiast powoduje u nas zmniejszenie jąkania. I to nerwicę trzeba u nas leczyć (a nie mowę). Myślę, że jest to pewien rodzaj nerwicy lękowej związany z mową. Teraz wkleję cytat z internetu:
    „Nerwicę lękową mogą wywołać czynniki związane z okresem dzieciństwa chorego. Należą do nich deficyty w zakresie potrzeb emocjonalnych i brak poczucia bezpieczeństwa (niedostateczna opieka rodzicielska) oraz wpojone komunikaty lękowe typu „nikomu nie można ufać”, „świat jest niebezpieczny” (nadopiekuńczość ze strony rodziców)”.

      • Nerwicę żołądka może być jednak nieładnie czuć, to w niektórych okolicznościach już lepiej się jąkać. Najlepiej jednak pozbyć się nerwic. Mam nadzieję, że czytają Twojego bloga ludzie zajmujący się leczeniem jąkania i wyciągną praktyczne wnioski z naszych teoretycznych wniosków. A rodzicom pomagajmy (jak umiemy). W sumie na pewno żaden rodzic nie krzywdzi świadomie swojego dziecka.

  4. Na jednym z katowickich filmików studentka logopedii mówi, że te trzy dni konferencji, zorganizowanej przez Kasię z ekipą, nauczyły ją o jąkaniu więcej niż całe studia. To mówi samo za siebie.
    System nie działa (Kasia przeskoczyła system:)). Jednak dzięki rosnącej świadomości logopedów, którzy nie przestraszyli się jąkania i chcą z nim efektywnie pracować, rodzi się „oddolna potrzeba” konieczności nabywania wiedzy i kompetencji z zakresu psychologii. Oczywiście to nie sama psychologia jest tu sednem, ale inne spojrzenie na jąkanie.
    Niestety są rzesze logopedów pracujących z jąkaniem „po staremu” albo według „programów autorskich”;) NADAL.

  5. Według mnie odegrałaś i nadal odgrywasz, rolę historyczną 🙂 Osoba jąkająca „wyszła z szafy” i mówi o jąkaniu 🙂 I pisze. I to jeszcze do rzeczy 😀 To jest super!

      • Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Pomyślałem o nerwicy serca. Taka nerwica daje pełne objawy choroby serca. W tym przypadku podawanie leków i leczenie serca może nawet szkodzić sercu (i pewnie szkodzi, bo serce jest całkowicie zdrowe przecież). Może jest analogia z jąkaniem? Leczenie mowy w przypadku jąkania zamiast poprawiać mowę szkodzi i utrwala nerwicę? To są tylko przypuszczenia, ale myślę że trzeba by to rozstrzygnąć. Przypomniałem sobie o osobach, które po jakiejś terapii doznały szkody zamiast poprawy (już nie pamiętam szczegółów).

      • Popadamy w skrajność. Skupmy się na średniej. Między zupełnym zostawieniem jąkania, a recytowaniem z intonacją jest przecież parę rzeczy pomiędzy. Ćwiczyłam z echem i z Panią Basią i to nie było złe. Miałam, owszem, myśli – to bez sensu, wyjdę z gabinetu będzie to samo, ale – z drugiej strony – upajałam się swoim głosem z głośnika, lubiłam Panią Basię, nie czułam się zostawiona tylko – zaopiekowana, ktoś jednak się mną interesował, próbował pomóc, czekał na mnie, słuchał mnie, miałam czas dla siebie, dla swojego mówienia, ktoś mnie słuchał, mogłam się wypowiedzieć. To nie było mało! To nie było – nic.
        A turnusy w Toruniu nie pomagały? Nie były złe. Ja nabierałam po nich pewności siebie – przynajmniej na jakiś czas. Wspominam je miło. Różnymi bodźcami nas tam bombardowano. To była nowoczesna formuła, w siermiężnych czasach – zupełnie sensowne podejście do tematu, do człowieka. Plus relanium na podwieczorek, ale dobra – może nawet cieszyli się gdy wyrzucaliśmy je za okno.
        Poza tym trzeba, albo można, mieć jakieś narzędzia pomocy w razie bloku. W trakcie wystąpień rozpaczliwie je stosuję, bo na co dzień oczywiście – nie stosuję, ale wiem, że istnieją, czasem coś nawet mi się uda – rozjechać blok na przykład, a nie zadławić się na środku sali.
        Dla mnie, mało co, jest czarno – białe. Wszystko raczej jest bardziej skomplikowane.

      • Chyba nikt nie jest tak szalony, aby proponować zupełne zostawienie jąkania. Jest wielka różnica między ćwiczeniami wymowy (logopedycznymi, usprawniającymi aparat mowy), a leczeniem nerwicy (różnymi formami psychoterapii). Poza tym tak tylko się zastanawiam, czy same tylko ćwiczenia wymowy, czyli aparatu mowy (bez różnych form psychoterapii) nie tylko nie zmniejszają nerwicy (choć mogą), a nawet mogą ją potęgować (u niektórych osób). W moim przypadku pomagały mi tylko różne formy psychoterapii (w tym te z Torunia), a same echokorektory, itp. ćwiczenia wymowy niewiele (przynajmniej nie zauważyłem). Ciężko to stwierdzić, ponieważ terapie jąkania to najczęściej pomieszanie ćwiczeń psychoterapii z ćwiczeniami wymowy. A które są skuteczniejsze? To temat na artykuł (co najmniej), a może nawet pracę magisterską czy doktorską.

  6. Tych „skrajności” Danusiu, wcale nie jest mało. Obie pamiętamy niejedną historię o tym, jak po terapii logopedycznej osoby traciły pewność siebie, wierzyły, że niepowodzenie w terapii jest ich „winą”, pogarszała się ich mowa i stan psychiczny, a nawet jak – 5-letni chłopiec po terapii u pp. Galewskich, przestawały mówić.
    To co opisujesz, że Tobie pomagało, budowało Cię – to właśnie wsparcie psychologiczne i elementy terapii psychologicznej. Czyż nie?

    To jednak kwestia kompetencji logopedy… Który filolog/logopeda poprowadzi terapię behawioralno-poznawczą bez przygotowania? A przecież tych treści nie ma w programie studiów. Szkoła psychoterapeutyczna trwa nie bez powodu 5 lat. Mówi się, że stosowane są tylko elementy psychoterapii, ale ja byłabym bardzo ostrożna w oddawaniu się w ręce ludzi bez przygotowania… Jednocześnie jest parę osób z intuicją, które z powodzeniem działają w ten sposób od dawna bez papierów. Tylko, czy to można uznać za normę?

    Do gabinetów logopedycznych wkracza terapia behawioralno-poznawcza i to jest super rozwiązanie. Jednak, żeby w pełni i bez szkody dla pacjenta wykorzystać to narzędzie trzeba dużej wiedzy i praktyki.
    Dlatego wracając do punktu wyjścia, że „logopedzi nie rozumieją emocji osób jąkających i nie rozumieją jąkania” to chyba właśnie w braku tego przygotowania psychologicznego i psychoterapeutycznego jest pies pogrzebany.

    • No, a znasz takich samych lekarzy, takie same nauczycielki, takich samych mężów i takie same matki?
      Ja tylko pamiętam jak koleżanka polonistka studiowała logopedię. Przeglądnęłam podręcznik. Na setki stron, dwa tomy – 80% fonetyki, 2 strony o jąkaniu (słownie: dwie) – toniczne, kloniczne i kloniczno – toniczne. Jąkanie to taka borelioza logopedii – nie wiadomo jak leczyć, nie wiadomo w co pójdzie. Medycyna z boreliozą sobie nie radzi. O logopedach myślę tak: świadomie nie podejmują się, bo zbyt trudne, świadomie podejmują się bo lubią wyzwania – i tych szanuję. Niektórzy jadą na tradycji – ” Alboż źle było dotąd, a nasi przodkowie, nie mieliż to rozumu i oleju w głowie?” – taką mam pracę – jąka się, to go ćwiczę i tyle, tak mnie nauczyli, to tak robię. I trzecia grupa – od klinik, marketing i sposób na życie, i cel uświęca środki.
      Ale może są inne grupy, a może nie ma grup, może to jest indywidualne.
      My powinniśmy dziękować ludziom, którzy zajmują się jąkaniem. Zajmują się szczerze i prawdziwie, uczą się, starają się, ciężko pracują.
      Ani jąkanie ani jąkały to nie jest łatwy ani wdzięczny temat.

      • W każdym zawodzie i działalności byli, są i będą partacze oraz byli, są i będą mistrzowie. To taka uniwersalna prawda. Jednak jeśli chodzi o jąkanie to moim zdaniem systemowe podejście do tematu jest błędne (traktowanie jąkania bardziej jako wady wymowy niż jako nerwicy). A nawet jeśli jest prowadzona psychoterapia to (cytat z Internetu): „Sesje odbywają się co tydzień lub dwa tygodnie. Sesja trwa 30–60 min”. Dla mnie to nieporozumienie (bardzo mało!). To nie może przynieść trwałej i mocnej poprawy. Niech ktoś spróbuje nauczyć się, np. języka obcego ucząc się co dwa tygodnie przez 30-60 minut. Dlatego bez samodzielnej psychoterapii (autopsychoterapii) jak najczęściej (minimum codziennie!) nie będzie poprawy (znacznej i trwałej). Najważniejsze jest nasze życie wewnętrzne (to co mówimy do siebie sami w każdej chwili życia). To powinno być dla nas psychoterapią. Wiem co mówię.

      • Dla nas tak, ale dziecko nie będzie się samo psychoterapeutyzowało myśleniem. Ja też wolę to robić z kimś.
        Są różne psychoterapie – codziennie, co miesiąc. Różne są.
        Myślę, że jąkanie jest specyficzną formą nerwicy. Bardziej rzutuje na nasz obraz – obiektywny i subiektywny, niż kołatanie serca.
        Chyba tego oddolnie nie rozwiążemy.

      • Za nerwicę dziecka odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice (i inni ludzie mający wpływ na jego wychowanie, ale dużo mniejszy). To już wiemy. Jeżeli dziecko ma nerwicę to terapię powinni sobie zrobić przede wszystkim rodzice (aby potem pozytywnie oddziaływać na dziecko). Dziecko myśli to co przekazują mu rodzice (ważne osoby w jego życiu). Myślę, że dziecko myśli więcej niż myślimy. Wszystko co tutaj piszemy to takie hasła, myślę że inspiracje do przemyśleń. Może i dzięki temu wpłyniemy na kierunek rozwoju terapii jąkania. Ale dużo myślę, jeszcze zostanę myśliwym.

  7. Jąkanie nie jest spowodowane jednym czynnikiem i kto zdaje sobie sprawę ze złożoności tego zaburzenia chyba to po prostu rozumie. Na pewno rodzice odpowiadają za to jaką dziecko otrzyma pomoc. Bardzo ważna jest psychoedukacja rodziców. Natomiast nie wydaje mi się, żeby walenie po oczach tego typu stwierdzeniami komukolwiek mogło pomóc.

    • Taniu,
      Oczywiście jąkanie jest nadal wielką tajemnicą i niezbadanym zjawiskiem. Obawiam się, że nawet przy najlepszych chęciach w obecnym czasie nie da się go nazwać adekwatnie do jego istoty. Czy jest zaburzeniem? Logoneurozą? Niepłynnością? Nerwicą? Każda z tych definicji dotyka zaledwie niewielkiej części. Definicji może być tyle, ile badacze zechcą wymyślić i wpuścić w „literacki obieg”.
      O terapii dzieci się nie wypowiadam, dla mnie to już zamierzchłe czasy obrośnięte kożuchem kurzu. Niestety moje rodzinne otoczenie zrobiło wszystko, by swoim nastawieniem i reakcjami to moje jąkanie utrwalić. Dziś rozumiem mechanizmy, które wtedy zadziałałały i współczuję ludziom, którzy mimo jasnych komunikatów nie chcieli się zmienić i dać sobie pomóc.
      Jako dziecko czułam się zdezorientowana i bezbronna. Po terapii w kołobrzeskim Chalkozynie zaczęłam walczyć, jednak była to walka przeciwko terapii i systemowi „skracania smyczy” „zbuntowanym młodym pacjentom”. Długotrwała, krwawa, okupiona wyrzeczeniami, ale na końcu zwycięska.
      Każdy w pewnej chwili zaczyna wiedzieć, jak sobie pomóc. Wyczuwa to intuicyjnie, podpiera się wiedzą z literatury, obserwuje działania ludzi z klubu j. „Każdy niewidomy po kilkunastu ciosach zaczyna wiedzieć, jak okiwać rosłego boksera”. Pozdrawiam

    • Jakiego typu stwierdzenie jest waleniem po oczach? Bo zupełnie nie rozumiem. Przecież to mistrzostwo taktu i dyplomacji.

      • Roman,
        popełniłeś opublikowanie zdania: „Za nerwicę dziecka odpowiedzialni są przede wszystkim rodzice …”
        Coś w tym prawdy jest, ale tylko odrobina. Napiszę oczywiste banały, ale nie ma wyjścia – na odczuwanie, myślenie, postawę rodziców wpływa wiele czynników, na które nie mają bezpośredniego wpływu:
        – podświadomość,
        – dziedziczenie kulturowe i środowiskowe, wiara, religia, media, nauka, ich historia, historia rodziców, dziadków, pradziadków – rodu, narodu, cywilizacji
        – dziedziczenie genetyczne, ekspresja genów,
        – jedzenie, bakterie układu pokarmowego, pasożyty, …..
        – powszechny ostracyzm w stosunku do odmienności, ludzi wyglądających, myślących inaczej, funkcjonujących inaczej … dzięki któremu usuwane były geny niekorzystne …

        „… Ale dużo myślę, jeszcze zostanę myśliwym.”
        Zanim zostaniesz myśliwym musisz nauczyć się, że najpierw trzeba uważnie przyglądnąć się sytuacji, pomyśleć jakie będą skutki ew. strzału, później dopiero strzelać. Inaczej możesz kogoś skrzywdzić.

      • Zbyszek! Kiedyś w sądach obrońcy wskazywali, że to nie oskarżony jest winien (bo podświadomość, dziedziczenie kulturowe i środowiskowe, wiara, dziedziczenie, ekspresja genów, jedzenie, powszechny ostracyzm, itd., czyli w skrócie to środowisko) jest odpowiedzialny za przestępstwo. W takim razie to nie ja jestem odpowiedzialny, że tak napisałem jak napisałem. To te niżej wymienione czynniki to sprawiły:
        – podświadomość,
        – dziedziczenie kulturowe i środowiskowe, wiara, religia, media, nauka, ich historia, historia rodziców, dziadków, pradziadków – rodu, narodu, cywilizacji
        – dziedziczenie genetyczne, ekspresja genów,
        – jedzenie, bakterie układu pokarmowego, pasożyty, …..
        – powszechny ostracyzm w stosunku do odmienności, ludzi wyglądających, myślących inaczej, funkcjonujących inaczej … dzięki któremu usuwane były geny niekorzystne …
        A co na to sądy? Mądry sędzia wskazał, że sędzia też wychowywał się w pewnym środowisku i to właśnie te czynniki sprawiły (podświadomość, dziedziczenie kulturowe i środowiskowe, wiara, dziedziczenie, ekspresja genów, jedzenie, powszechny ostracyzm, itd. ,czyli w skrócie to środowisko), że sąd wydał wyrok skazujący.

  8. Myślę, że osądzanie i obwinianie bardzo rzadko może doprowadzić do refleksji, czy chęci współpracy. Obojętnie czego i kogo by dotyczyło. Zaatakowana osoba raczej będzie walczyć/uciekać niż współpracować.
    Na ocenianie jesteśmy zaprogramowani, warto jednak czasem przystopować, żeby nie „wylać dziecka z kąpielą”, a szczególnie kiedy w grę wchodzą silne emocje. A w relacji rodzic – dziecko takie przecież są.

    Jeśli na dzień dobry rodzic usłyszy, że jest w pełni odpowiedzialny za wystąpienie jąkania u dziecka raczej nie należy się spodziewać współdziałania i zrozumienia. „Pomaganie rodzicom” nie polega na ich obwinianiu. Może za to wpłynąć niekorzystnie na relację rodzic – dziecko. Dlatego, między innymi, uważam, że jest szkodliwe i nieodpowiedzialne.
    Dziecko jest w pełni zdane na rodzica, dlatego rodzic musi stać za dzieckiem murem, a zadaniem osób chcących pomóc jest wzmacnianie więzi, a nie jej niszczenie. Ci, którzy deklarują pomoc dla rodziców powinni ich wspierać i pomagać w rozumieniu dziecka i jego jąkania. Pokazywać ile zależy od rodzica, jak ważna i niezastąpiona jest jego rola. Bez pomocy dla rodzica nie ma pomocy dla dziecka.

    • Moją intencją było wskazanie zależności przyczynowowo-skutkowej, właśnie po to, aby skutecznie pomóc dziecku (usunąć przyczynę i zniknie skutek). Właśnie wspieram rodziców w zrozumieniu dziecka i jego jąkania. Jeżeli rodzic nie dostrzega, że jest odpowiedzialny za nerwicę u dziecka to dalej będzie wysyłał dziecko na terapie, a sam będzie dalej stwarzał nerwową atmosferę w domu. Ja nic nie mówię o winie (ani karze). Jeżeli ktoś czuje się winny to bardzo dobrze, może się zastanowi nad sobą. Rozumiem, że rodzic robi to nieświadomie i należy mu pomóc (co parę postów wcześniej przecież napisałem!). Możemy się ceregielić „bułkę przez bibułkę” i owijać w bawełnę. Osiągniemy wtedy spokój sumienia u rodziców, a dziecko dalej będzie wysyłane na terapie (w dodatku na których mogą mu wmawiać, że ono samo jest winne że się jąka). Poza tym, to są tylko moje krótkie komentarze, a nie artykuły w specjalistycznych gazetach dot. jąkania. I to jest tylko moje prywatne zdanie i nie twierdzę, że napisałem prawdę objawioną (nawet profesorowie mają odmienne opinie). A w ogóle dla mnie to jakaś schizofrenia. Wszystkie przypadki jąkania jakie znam wiązały się z nerwową atmosferą w domu (czasem to delikatnie powiedziane). Ale wprost powiedzieć to tego już nie wolno! Bo rodzice się obrażą? Nikogo personalnie (z imienia i nazwiska, ani nie wskazałem w inny sposób) nie zaatakowałem. Sam mam syna, który się jąka (i już chociaż wiem dlaczego).

      • Jąkanie ma przyczyny biologiczne, chociażby min. dziedziczenie, czy uwarunkowania płciowe. Moim zdaniem uwarunkowania psychologiczne są wtórne tzn. mogą powstawać po wystąpieniu jąkania.
        Dlatego zwalanie wszystkiego na rodziców jest o prostu bez sensu i mija się z prawdą. Znam przypadki jąkania u dzieci ze spoko domów, też jąkania u jednego z dzieci, czy jednego z bliźniąt.
        Obciążanie rodziców odpowiedzialnością jest powodem powstawania u nich uczucia wstydu i poczucia bycia gorszym rodzicem. To na pewno nie prowadzi do lepszego kontaktu z dzieckiem. Może też dezorganizować proces szukania pomocy i proces terapeutyczny.

        Akurat poczucie winy u rodzica donikąd nie prowadzi, a na pewno nie wpływa dobrze na trafność refleksji. Wiem, bo tam byłam. I dlatego twierdzę, że to nie jest dobra droga. Bardziej zaszkodzi niż pomoże. Przestaje się rozumieć siebie i dziecko. Raczej trzeba się ogarnąć, złapać łączność.
        Nie chodzi o uśpienie odpowiedzialności rodziców, czy o udawanie, że nie ma problemu ze względu na ich uczucia (chyba żaden normalny rodzic by na to nie poszedł), a już na pewno o „bułkę przez bibułkę” tylko o budowanie świadomości rodziców dotyczącej ich roli we wspieraniu dziecka i szukaniu rozwiązań.
        Szerzenie stereotypów, że to rodzice są odpowiedzialni za wywołanie jąkania jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też szkodliwe.

      • My tu sobie tylko dyskutujemy (skąd stereotypy?). Rodziców oskarża się (przypisuje winę!) za złe wychowanie dzieci (stereotyp?). I nikt jakoś temu się nie sprzeciwia. Rodzice są odpowiedzialni za wiele rzeczy u swoich dzieci. A za geny u dzieci to kto jest odpowiedzialny? Oczywiście, że nerwowa atmosfera (nerwica rodziców lub tylko jednego) w domu nie jest jedynym i wystarczającym czynnikiem wywołującym jąkanie (ktoś tak twierdzi?). U jednego dziecka wywoła jąkanie, a u drugiego może moczenie nocne albo kłopoty z koncentracją. Moim zdaniem nie ma genu jąkania. Jest to cecha nabyta (nie wrodzona!). Właśnie udowadnia to jąkanie u jednego z bliźniąt jednojajowych (obydwoje powinno się jąkać, gdyby był gen jąkania). Każdy sam jest odpowiedzialny za to co czuje (ma poczucie winy) czy myśli. Ja mówię tylko (piszę) to co ja myślę (i czuję) i nie upieram się, że to prawda objawiona (już pisałem). Wiem, że mogę się mylić i byłbym zadowolony, gdyby mi ktoś jasno (logicznie) wykazał, że się mylę. I nie wiemy co dzieje się naprawdę w tzw. „spoko domach”.
        No i najważniejsze. Nerwica to jednostka chorobowa. Naprawdę, jak może u kogoś powstać poczucie wstydu i bycia gorszym rodzicem z powodu bycia chorym (na nerwicę)? Chyba nigdy tego nie zrozumiem (chociaż?). Jak zdiagnozowanie choroby (nerwicy) może dezorganizować proces szukania pomocy i proces terapeutyczny? Chyba raczej odwrotnie, zapoczątkuje w końcu proces terapeutyczny!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s