Coś w tym jest

Wróciłam z Grupy J, jednej z krakowskich form samopomocy z której korzystam i z którą się utożsamiam, i którą lubię. Miałam dzisiaj prezentację, czytałam obszerne fragmenty książki profesora Jana Kotei, którą on napisał w roku 1981, bo był to Rok Niepełnosprawnych, a on miał, czy przeszedł, chorobę Heinego – Medina i tak nocami, przez pół roku,  pisał sobie, a później, po jego śmierci, notatki znalazły jego dzieci i wydały jako książkę. O czym pisał? Dwutorowo, nawet trzy. Po pierwsze, wylewał na papier emocje z dna duszy. Przepracowywał po latach to co go uwierało, czyli sytuacje, które mu dopiekły, to znaczy uraziły go i – jeszcze raz – wziął je sobie na autopsychologiczny warsztat. Po drugie – określił jak widzi, to znaczy, jaki jego zdaniem powinien być stosunek ludzi do ludzi, ludzi na oko takich samych, do ludzi na oko trochę innych. Po trzecie – wspominał ojca, siebie, kolegów, ot, rzeczy ważne – nieważne, ale dla niego ważne.
Ja, kiedy czytałam te zapiski uryczałam się nad nimi jak bóbr. Czułam tak wielką wspólnotę i powinowactwo przeżyć z Profesorem, tak strasznie mocno odnosiłam jego wspomnienia do swoich wspomnień, jego przeżycia do swoich, tak bardzo to co napisał rozumiałam, że podpisywałam się w myślach pod jego tekstem obiema rękami, więcej, całą sobą.  Stwierdziłam, że każda widoczna niepełnosprawność, jakakolwiek, daje identyczne kompleksy, przemyślenia i przeżycia. Jest odczuwana przez wszystkich w ten sam sposób. Z tym przesłaniem poszłam na dzisiejszą grupę. Scenariusz spotkania przewidywałam taki, że wszyscy pewnie będą płakać podczas, gdy ja będę czytać, następnie wszyscy zgodzą się co do tego, że to samo przeżyli, tak samo myśleli i potwierdzą to swoimi podobnymi historiami i historyjkami.
Tymczasem nic takiego się nie stało. Płakałam tylko ja, co – dziś ostatecznie – utwierdziło mnie w przekonaniu, że pod względem gotowości do płaczu, daleko jednak odbiegam od średniej. Moja potrzeba płaczu (nad sobą!) jest nienormalna. Po drugie, nikt nie powiedział: ja też, ja też! Stopień utożsamienia się grupy z treścią książki był – słaby. Wnioski po dyskusji mogę streścić w dwóch punktach: 1. Przeżywanie zależy od charakteru człowieka, nie zaś od jego wady; 2. To jest świadectwo pokolenia, które odeszło. Teraz już się tak nie myśli.
Przyznam, że było to dla mnie mocne przeżycie. Byłam zdziwiona. Dotarło do mnie, ze coś jest na rzeczy między mną a ś.p. Profesorem. Jakżesz jego pisanie i moje (książka i blog) jest podobne!  Ja wiem, w stylu, w intencji, w mocy przeżyć, w wierze w swoje racje.
Wsiadłam do autobusu i mnie olśniło. Miałam wrażenie, że chwilę temu ja z książką byłam po jednej stronie przeżyć, a reszta grupy, czyli większość, czyli wszyscy(!) – po drugiej. Po raz pierwszy pomyślałam dzisiaj, że nie każdy kto się jąka przeżywa jąkanie tak samo. Ja przeżywam bardzo (na szczęście odwrotnie proporcjonalnie do wieku, ale i tak bardzo, lub deko mniej bardzo).
Tylko, że ja wszystko przeżywam bardzo, bardzo. I płaczę nad wieloma rzeczami w moim życiu, które były, lub – wszystko jedno – których nie było. Tak, to nie obiektywne fakty czynią mnie nieszczęśliwą, lecz myślenie o nich. Ale to nie wystarczy wiedzieć, to trzeba poczuć. I ja to dzisiaj poczułam. To była prawdziwa psychoterapia.
Cytat:

Gdybym miał skrzydła! Ilu ludziom śnił się taki sen?
Gdybym miał oczy …
Gdybym miał całe płuca …
Gdybym słyszał …

to bym unosił się ponad drzewami i domami, ponad lasami i łąkami
i śpiewał.

Jan Koteja, 1981. Rok Niepełnosprawnych