Powtarzam – coś w tym jest

W grupie samopomocowej.
Coś jest w grupie samopomocowej. Siła, emocje, myślenie.

Ot, ostatnie nasze spotkanie. Choć, trzeba to powiedzieć, odbywają się z różną regularnością, z większą lub mniejszą ilością osób, to jednak – odbywają się od paru lat i zawsze coś się na nich zadzieje. Na pewno dzięki prowadzącym – Jagodzie i Lucynie. Oraz dzięki każdemu uczestnikowi. W ciągu dwóch godzin spotkania dotknęliśmy wielu problemów:

  1. Prezentacja
    Najpierw Studentka Kasi W. z Katowic, Klaudia, wygłosiła prezentację o sławnych jąkających się i, że osiągnęli sukces. Często nie dowierzam – jak to, słynni aktorzy jąkali się? Może zająknęli się kiedyś i historia to odnotowała. Przekonuje mnie wywiad z Krzysztofem Kiersznowskim (jest dużo wywiadów jak się uleczył, kto co mu radził, ja cytuję zdanie z wywiadu (http://viva.pl/ludzie/newsy/krzysztof-kiersznowski-jakal-sie-aktor-underdog-i-barw-szczescia-o-aktorstwie-dziecinstwie-i-nalogach-116591-r1/) : Moja matka od dziecka chciała być aktorką. Nie mogła, bo wybuchła wojna. (…) Ale swoje marzenie na mnie przelała. W każdej rozmowie z koleżankami czy ciotkami padały jej słowa: „Mój Krzyś to będzie aktorem”. Co było o tyle debilne, że ja się jąkałem. Jąkał się też, dodam, Kazimierz Wielki, w wyborze Długosza czytałam zdanie, że król jąkał się trochę, ale mówił głośno i donośnie, (coś w tym sensie, odsyłam do Kronik). Zawsze mnie zastanawia sukces jąkających się profesorów od jąkania. Ale, dobra. Ja nigdy nie zajmowałabym się jąkaniem od strony naukowej. Poświęcili życie temu zagadnieniu. Przekłuli wadę w zaletę, niedoskonałość w atut. Szacunek, że im się to udało.
    Jak by to napisać na okrągło … Klaudia była przygotowana, wykonała pracę, była przejęta, nie miała łatwego audytorium, o nie, nie! Myślę, że spotkanie z nami dużo jej dało – poznała kolejne środowisko, które ją interesuje. Nam też dało dużo – i płynnie mówiący przeżywają swoje wystąpienie. Stres nie jest zarezerwowany tylko dla nas. Choć my, oprócz stresu, mamy jeszcze, a raczej przede wszystkim – jąkanie. Cóż, dla nas temat jest jak „ojczenasz”, ale Klaudia wiedzę o jąkaniu poniesie w dużo mniej zorientowane rejony. Życzymy powodzenia!
    Znany polski reżyser się jąka i wokalistka znanego zespołu, słyszałam na własne uszy wywiady w radiu. Ale pamięć jest zawodna, nie pamiętam ich nazwisk. Znani, współcześni, żyjący. Niewątpliwie ludzie sukcesu.
    No, nie podaruję sobie! Kiedy Klaudia nas zapytała, czy znamy film Jak zostać królem, chyba ze zdumienia zrobiły nam się duże oczy. My go nie znamy. My go znamy na pamięć. Ot, młodość!
  2. Modyfikacja
    Po prezentacji była runda powitalna. Każdy miał zrobić modyfikację na głosce „f”, było więc: ffffKrakowie, fffŁodzi itd, a ja chciałam powiedzieć „fffajnie” i powiedziałam, z prawdziwą modyfikacją, bowiem dostałam poważnego bloku na wypowiadanym słowie. Czułam to doskonale, a ponieważ warunki były cieplarniane, mogłam sobie modyfikować do woli. I rzeczywiście, po dłuższym wstępie „fffffff”, słowo się powiedziało. Nie umknęło to uwadze Lucynki, a jej radość była niekłamana. Prawdziwa, żywa, nieudawana modyfikacja. Przyznam, że poczułam władzę nad blokiem. Zawsze uważałam, że jąkanie żyje własnym życiem, a bloku nie da się kontrolować. Otóż, skłaniam się obecnie do tego, że da się. Ponieważ nie ćwiczę w ogóle i nie zgłębiam tej wiedzy (jak modyfikować bloki), nie mam tego nawyku, ale przyznam, że ta sytuacja, która przeszła przez moje usta, zrobiła na mnie wrażenie, jak i na pozostałych uczestnikach – też. Od tego czasu, częściej – mając w pamięci własną udaną modyfikację na spotkaniu – posługuję się tym narzędziem. Mam je, w każdym razie, na uwadze. Może nie tak pewnie i spokojnie zabieram się do tego procesu, jak w miejscu specjalnie do tego stworzonym, ale przypominam sobie o nim i korzystam podczas mówienia.
  3. Studia
    W poprzednim wpisie chwaliłam się swoimi publicznymi wystąpieniami. A na ostatnim spotkaniu rozmawialiśmy o przymusowych wystąpieniach kolegi przed grupą w ramach zajęć studenckich.
    Przypomniałam sobie swoje studenckie wystąpienia. W niczym nie przypominały obecnych. Pamiętam swoje rozpaczliwe odczucia, kiedy jako nauczyciel, obserwowałam przymusowe wystąpienia trzecioklasistów w gimnazjum. I cieszyłam się, że za moich czasów tego wymogu nie było. Ja nie wiem co ja bym wtedy zrobiła. Zająkałabym się na śmierć. Młodzież występowała na korytarzu lub w klasie przed kolegami z różnych klas, wszystkich klas trzecich. Ja bym po prostu – wtedy – tego nie przeżyła. Uważam, że byłaby to kolejna poważna trauma, skrajna trauma do kolekcji licznych szkolnych traum. Byłaby to moja osobista tragedia, konsternacja słuchającej młodzieży, może dla niektórych zabawa, dla innych ciężkie przeżycie. Uważam, że takie wystąpienie dla mnie, gdyby się odbyło, byłoby bez sensu. Dla mnie, wtedy. Miewałam wystąpienia na studiach. Sama nawet pchałam się w nie. Pewnie chciałam zaistnieć, udowodnić sobie, pokazać/oznajmić, że się jąkam, że może mi ulży, napięcie puści. Liczyłam, że może mi się uda, powiedzie. No, nie wiodło się. Dziś bym tego nie robiła. Ale wtedy robiłam.
    Staram się wczuć w sytuację wykładowcy i myślę, że nic by się ne stało, gdyby student powiedział: Panie Profesorze, moje wystąpienia są bez sensu, ani słuchaczom nie przynoszą pożytku, ani mnie nie dają satysfakcji. Mógłbym przygotować prezentację, lub inną formę zawierającą zadane wiadomości, ale obecnie nie czuję się na siłach publicznie ich czytać. Jak się poczuję, to będę występował, na razie, przepraszam, ale nie jestem w stanie i bardzo proszę o zrozumienie.
    Uważam, że jest to jakieś wyjście, żeby nie dawać reszcie powodów, żeby poczuli się lepiej. A ja – z definicji -gorzej.
    Chyba, ze ktoś uważa, że powinien się uodparniać i pokonywać sam siebie. Ja tak, wtedy, uważałam. Że chcę, że muszę, że powinnam. To musi każdy rozstrzygnąć sobie sam. Dziś uważam, że nie jest zbrodnią chronić siebie.
    Choć i ja, dzisiaj, daję się wystawiać. Mimo wieku, doświadczenia i dbania o siebie. Dałam się namówić, na przykład, na rozmowę telefoniczną: Zadzwoń, powiedz tak i tak. Podziękuj, podkreśl, zagaj, namów, poproś i ukłoń się na koniec.
    Zadzwoniłam. Ale ja nie cierpię takich rozmów i nie wypadam w nich dobrze, przychodzą mi ciężko i nie przynoszą zamierzonego skutku. Tak było i tym razem. Kontynuacja rozmowy wypadła w mój gorszy dzień. Ja się jąkałam, pani – nie. Ponieważ była to rozmowa typu – przeciąganie liny – czułam, że moje jąkanie jej ułatwia sytuację, mnie utrudnia. Dawało jej przewagę. Na koniec wyrecytowała jednym tchem: Dziękuję, pozdrawiam, do widzenia i zanim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, pani wyłączyła telefon. Jej pożegnalną formułkę wypowiedzianą podkurzonym głosem z nutą satysfakcji odebrałam jako: Pocałuj mnie w ….
    Ale nie dam się więcej namówić na podobne rozmowy telefoniczne, wbrew sobie. Bo one nie mają sensu. Koniec!
    Były u nas w pracy plany, żeby koleżanka uczyła nas angielskiego. Wielokrotnie podejmowane zawsze spaliły na panewce. Ale przecież to logiczne, kto się będzie na takich lekcjach dobrze czuł? Prowadząca. A reszta? Różnie, w zależności od zdolności językowych, czasu na przygotowanie, ale też – stosunku do prowadzącej i do współuczestników grupy, z którymi nie pożegnamy się przecież po zajęciach, tylko będziemy znosić się do emerytury. A nie wszyscy hurtowo się lubimy. Raczej, nawet jest to „koleżeński” kocioł.  A, po co ja mam dawać nielubianym koleżankom przewagę nad sobą? No, nie mam takiej potrzeby.

    Tak sobie rozmawialiśmy na spotkaniu i padło pytanie: Na studiach się jąkałaś. Co się stało, że teraz się nie jąkasz?
    Nic się nie stało. Jąkanie przestało być całym światem. W dorosłym życiu miałam mnóstwo innych problemów, którym trzeba było stawić czoła. Jąkanie jest między innymi. Mam dużo lat, teraz inne rzeczy są dla mnie ważne, ważniejsze. Człowiek się zmienia. Problemy się zmieniają, jedne blakną inne nabierają kolorów.
    To się stało. W temacie jąkania – czas nas uczy pogody.