Jąkanie u dzieci

Siedzę i myślę. I, żeby mi ta myśl nie umknęła – napiszę. Bo, może jakiś rodzic trafi na tą stronę.
Temat dzieci do mnie wraca, tak to powiem. Koleżanki mają wnuki, a i ja powoli (bardzo powoli) zaczynam patrzyć w stronę małych ludzi, z niejaką przychylnością. Bardzo niejaką.

Nie zapomnę dziewczyny, która przyjechała kiedyś za zjazd, czy konferencję i opowiadała, jak w znanym warszawskim ośrodku leczony jest jej synek, może sześć lat. Chodził po ulicach (z nią) i – nie wiem, czy nie setki razy – specjalną mową, miał pytać ludzi o coś. Na pewno ci, którzy tam wtedy byli, pamiętają tą mamę. Mówiła, że on tego nie lubi i coraz mniej w ogóle mówi. Jest coraz bardziej wycofany, milczący. Od tej pory zastanawiam się jakie są kolejne losy tego dziecka. Jak ono teraz funkcjonuje, co z nim  będzie za 10, 20 i więcej lat. Pewnie nigdy się nie dowiem. Ale program był ryzykowny. Mama miała zresztą wątpliwości. Cóż, cel był szczytny – wyleczyć chłopca z jąkania. Raz, a dobrze.

Wnuk mojej koleżanki też się jąkał. Wiem, że razem z mamą szybko zareagowały. Chodził do młodej logopedki (pewnie wyszukanej w internecie), jakoś niespecjalnie długo. Wiem też, że uprawia sport i ma wiele stymulujących zajęć ruchowych. Ma też po prostu życiowe szczęście – kochających, zgodnych rodziców, babcię z bezwarunkową i nieograniczoną miłością. Jako najmłodszy – ma pięć lat – uczestniczył w obozie karate. Babcia z mamą się o to uczestnictwo pokłóciły, ale chłopiec wrócił z wyjazdu dumny. Jest wesołym, szczęśliwym dzieckiem. Kiedy zaczynał się jąkać, babcia, czyli moja koleżanka, zapytała mamę chłopca, czyli swoją córkę: – Zosiu, a jak Krzyś będzie się jąkał, to ty będziesz miała z tym problem? – odpowiedź – Nie, mamo, ja nie będę miała z tym problemu.

Ja miałam z tym problem. Moje dziecko, już poważnie dorosłe, też – jak ja – się jąka. Ale widzę, że dorosło i funkcjonuje. Radzi sobie.

Dzieci osób jąkających się – jąkają się, albo nie. Znam i takie, i takie.

Cały czas myślę, czy moje dziecko mogło wyjść z jąkania, jak było małe. Nie wiem. Wiem, że zrobiłam wiele błędów i zaniechań. Dlaczego? Bo byłam przerażona jąkaniem swojego dziecka, tak jak kiedyś moi rodzice przerażeni byli moim jąkaniem. To przerażenie na pewno było wyczuwalne. Pewnie było paraliżujące. Nie wierzyłam, swoim przykładem, że można coś z tym zrobić. Coś, owszem próbowałam, ale bez wiary. Byliśmy u logopedki, jednak obydwoje wyszliśmy z przekonaniem, że to jest bez sensu. Logopedka była młoda i wykształcona, ale jej metody były stare – czytanie zdań z zaznaczoną intonacją, ja nie wiem, czy to jest metoda. Mówię – nie wiem. Dla nas – nie była. Piszę o latach 90. ubiegłego wieku.

Tak, mam sobie wiele do zarzucenia. Mam też wiele na swoje usprawiedliwienie. Tylko co z tego? To już było. Mało tego, pewnych błędów bym dzisiaj nie popełniła, to na pewno, ale – obawiam się, że wiele z tego powtórzyłoby się, gdybyśmy to przerabiali, nawet z dzisiejszym moim rozumem i emocjami, jeszcze raz. Na to składa się charakter rodzica, charakter dziecka, ogólna sytuacja życiowa, pomoc/ brak pomocy rodziny i wiele innych.

Toteż moje dzieci wiele mi wypominają. Na przykład – uważasz, że jesteś mądrzejsza od swoich rodziców, ale ja też mogę ci dużo zarzucić. Już drugie dziecko dołączyło do chóru: traktujesz mnie jak debila. Traktujesz, traktowałaś. W sytuacji, kiedy ja uważam, że traktowałam moje dzieci świadomie, z szacunkiem i delikatnie.

Słyszę, że dużo ludzi obecnie – świadomie – nie decyduje się na dzieci.

No, może to jest jakaś metoda …